A miało być tak pięknie – relacja z 29. Biegu Niepodległości

Miało być złamane 40 minut, po cichu myślałem nawet o 39. Skończyło się na ledwo co poprawionej życiówce, ale wciąż z przeklętą „czwórką” z przodu. Przez błąd taktyczny wracam z Warszawy zły na siebie samego.

W tym roku na „dychę” startowałem dopiero po raz czwarty. Właściwie cały rok poświęciłem przygotowaniom pod półmaratony i maraton. Treningów szybkościowych było jak na lekarstwo. Dopiero w ostatnim miesiącu przyłożyłem się więcej do „kilometrówek”, rytmów i stabilizacji.

Mimo wszystko na starcie 29. Biegu Niepodległości stanąłem z przeświadczeniem, że jestem w życiowej formie, mam przed sobą płaską jak stół trasę i grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Kiedy jak nie teraz? Mój problem polegał jednak na tym, że nie potrafiłem realnie ocenić swoich możliwości na ten moment. Złamanie 40 minut to już było dla mnie mało. A co tam, raz się żyje – spróbujmy na 39 minut!

Nie wiem co w tej chwili robił mój mózg, ale na pewno nie był zajęty myśleniem. Poleciałem jak kompletny nowicjusz. Aż wstyd mi o tym pisać, ale dałem się ponieść emocjom i pierwsze 2 kilometry zrobiłem w 7:46. Momentalnie się zakwasiłem. Wiedziałem, że muszę zwolnić, bo bieg skończy się dla mnie kompromitacją. Bardzo szybko wkradło się pierwsze zwątpienie – biec, żeby przebiec nie daje mi bowiem tyle fun’u, co walka z czasem.

Podczas 29. Biegu Niepodległości szybko musiałem zweryfikować swoje założenia taktyczne.

Nastąpiła szybka weryfikacja oczekiwań i zmiana taktyki (to wcześniej była jakaś?). Postanowiłem do 7-8 kilometra trzymać tempo koło 4:00, nawet jeśli byłoby wolniejsze o parę sekund, a w końcówce polecieć w trupa. I to się przez jakiś czas udawało. Biegałem kolejno po 4:02, 4:00, 4:02, ale potem już 4:06, co było dla mnie znakiem ostrzegawczym, że słabnę – drugie zwątpienie.

Na półmetku 29. Biegu Niepodległości wierzyłem w powodzenie swojego planu.

Powoli zaczynałem się godzić z porażką. Wola walki była, ale nogi nie kręciły już tak fajnie jak za najlepszych treningów tempowych sprzed 2-3 tygodni. W dodatku co próbowałem się zerwać, to zaraz dostawałem mocny podmuch wiatru w twarz. I wtedy nadszedł ostatni kilometr, gdzie na tej trasie doskonale widać już metę. W dodatku było lekko z górki – idealnie pod mocny finisz. Byłem już tak zmęczony, że nie potrafiłem realnie oszacować dystansu dzielącego mnie do mety, ale wydawało się bardzo blisko. Spojrzałem na zegarek, a tam 39:15 – jest jeszcze szansa! Kopnęło mnie to do sprintu niczym adrenalina. Biegłem ile miałem sił w nogach. Jestem pewien, że nigdy nie miałem tak szybkiego finiszu na „dychę”. Przebiegam przez metę, spoglądam na zegarek, a tam 40:29…

Podczas 29. Biegu Niepodległości o złamanie 40 minut walczyłem do ostatnich metrów.

Potworne uczucie zawodu, które chwilę później przerodziło się w złość. Wiem, że te 40 minut było tego dnia do złamania, ale tylko negative splitem. Tymczasem ja przez błąd taktyczny zawaliłem swój najważniejszy start na jesień. I nawet nie mam szans się zrehabilitować, bo trasy pod życiówkę w połowie listopada teraz można ze świecą szukać. Niestety na kolejną okazję przyjdzie mi poczekać aż do marca.

Teraz dla odmiany coś pozytywnego – organizacja biegu. No rewelacja! Z chęcią wysłałbym organizatorów wrocławskiego półmaratonu na szkolenie jak zrobić dobrą imprezę biegową z kilkunastoma tysiącami na starcie. Narzekałem, co prawda, na Instagramie na biuro zawodów, które w przeddzień zmagań pracowało tylko 4 godziny (sic!), ale to tylko niewielka łyżunia (bo nawet nie łyżeczka) dziegciu w beczce miodu.

Numer startowy i przepiękny medal wywalczony podczas 29. Biegu Niepodległości w Warszawie.

Najbardziej przypadł mi do gustu pomysł otwarcia CH Arkadia dla biegaczy. Dzięki temu w komfortowy sposób można było skorzystać z toalety, przebrać się, wypić kawę, czy po prostu się schronić przed mroźnym powietrzem na zewnątrz. Usytuowanie depozytu na parkingu podziemnym z podziałem na wąskie zakresy numerów to kolejny strzał w dziesiątkę. Wydawanie rzeczy po biegu szło bardzo sprawnie i obyło się bez nieprzyjemnych incydentów. I jeszcze jedno. Tam naprawdę było 15 tysięcy ludzi? Organizatorzy tak umiejętnie rozmieścili strefy startowe, że spokojnie można było zrobić rozgrzewkę po trasie biegu, a kilka minut przed rozpoczęciem swobodnie przemieszczać się z chodników na ulicę i odwrotnie.

Warto też pamiętać czemu ma służyć już 29. edycja tego biegu. Fajnie, że biegając mogliśmy uczcić kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Dla mnie był to już trzeci bieg na 10km w tak ważnym dla nas dniu. W zeszłym roku świętowałem we Wrocławiu w Biegu Niepodległości z wąsem, natomiast w 2014 roku zaliczyłem debiut w stolicy. Teraz, wzorem lat poprzednich, uświetniliśmy obchody odśpiewując Mazurka Dąbrowskiego i tworząc wielką biało-czerwoną flagę z koszulek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *