Buraki poniosły – relacja z 4. edycji 10 Wroactiv

Wczoraj już po raz czwarty odbyła się 10 Wroactiv. Na starcie największej „dychy” we Wrocławiu stanęło ponad 1200 biegaczy. Bieg bardzo silnie obsadzony, z Gardzielewskim na czele. Dla mnie był to bardzo szczęśliwy dzień – na metę wpadłem z czasem 40:31, czyli o niemal 3 minuty lepszym od mojej poprzedniej życiówki. Radość przeogromna, choć po chłodnej analizie pozostał pewien niedosyt.

Zacznę od tego, że tej zimy całkowicie pokpiłem sobie treningi biegowe. Liczby mówią same za siebie – 64 km w grudniu, 62 w styczniu, 109 w lutym. Brzmi jak mało śmieszny żart. Zwłaszcza w przypadku osoby, która głośno mówi o planie złamania 40 minut w 2017 roku. Delikatnym usprawiedliwieniem może być okropne powietrze we Wrocławiu, którym obdarzyła nas natura. Możecie mówić, że uległem telewizyjnej propagandzie, ale naprawdę śmierdziało – wskaźniki na Wiśniowej momentami wskazywały ponad 1000% normy!

Postanowiłem więc skupić się na treningu siłowym, czyli ogólnym wzmocnieniem całego ciała. Na treningu, którego zawsze mi brakowało. Kto mnie zna, ten wie, że budowę mam Kenijczyka. Szkoda, że nie biegam tak samo. Chcąc to zmienić od początku roku katowałem się prawie codziennie. Wierzyłem, że zaprocentuje to na wiosnę. Dwa-trzy tygodnie przed startem dodałem do tego mocne interwały na bieżni mechanicznej, raz pobiegłem „piątkę” w Parkrunie i to byłoby tyle. W porównaniu do zeszłego roku, kiedy miałem ułożony wielotygodniowy plan pod tą samą imprezę, kiedy konsekwentnie klepałem interwały w „południowym”, wygląda to bardzo ubogo.

Ktoś powie jak ja z takimi przygotowaniami mogłem myśleć o złamaniu 40 minut. Ano mogłem. Na treningach tempo 4:00 km/min wchodziło bardzo znośnie, w dodatku tydzień przed startem pobiegłem po raz pierwszy w Parkrunie, z przyzwoitym czasem 20:36. To dawało nadzieję, że gdzieś na tej adrenalinie towarzyszącej zawsze podczas zawodów, na trasie stworzonej do szybkiego biegania, nowymi butami startowymi, uda się choćby sekundę urwać z tej magicznej bariery. Pomóc w osiągnięciu celu miały też buraki. Ufając opiniom dietetyków sportowych, zacząłem korzystać z tego naturalnego dopingu – przez 2 tygodnie dzień w dzień wlewałem w siebie szklankę świeżego soku (nie kupnego, własnoręcznie przygotowanego). Aż w końcu nadszedł ten dzień…

Dzięki dobremu ustawieniu na starcie, nie musiałem przeciskać się przez wolniejszych biegaczy

Już wcześniej wiedziałem, że na bieg będę musiał wyjątkowo pojechać sam. Dlatego po pakiet udałem się dzień wcześniej. Niby daleko, niby prawie dwie godziny drogi w dwie strony (tak, tak kierowcy, tramwaje tak jeżdżą), ale wolę już w dzień startu nie zaprzątać sobie głowy niczym innym, tylko bieganiem. Strój ubieram już w mieszkaniu, numer przypięty. Na śniadanie tradycyjnie 180 minut przed godziną „0” zjadam pieczywo z dżemem i w drogę.

Po dotarciu na miejsce i krótkich wizytach w toalecie oraz depozycie zostaje mi około 30 minut na rozgrzewkę. Postawiłem na trucht, podobnie jak przed rokiem, wokół stadionu, ale ulicą pod esplanadą. Momentami nie było żywej duszy. O tym, że tego dnia odbywał się tam jakikolwiek bieg można było się dowiedzieć jedynie na pętli przy wejściu do biura zawodów. Może to i lepiej, spokój pomaga w koncentracji. Po przebiegnięciu czterech okrążeń (matko, jak to się dłużyło) trochę rozciągania, trochę skipów, przebieżek i kieruję się na start. Tym razem nie popełniłem błędu sprzed roku, kiedy wszedłem tam od tyłu i nie mogłem się dopchać do swojej strefy startowej. W efekcie pierwszy kilometr biegłem slalomem, wymijając wolniej biegnących biegaczy, co kosztowało utraty sporo siły już na samym początku. Teraz zapakowałem się na sam przód, stanąłem w 10., może 15. linii.

Dopóki miałem kogoś przed sobą, czułem się dobrze

Emocje rosną, nie mogę ustać w miejscu. Z głośników słyszę kolejne przemówienia, start się przedłuża. Dobra jest! Trzy, dwa, jeden, lecimy! Pozycja wyjściowa bardzo dobra. Skręcamy w lewo wzdłuż stadionu, a ja biegnę po wewnętrznej. Trochę ścisk, ale udaje mi się pocisnąć za czołówką. Tempem zdecydowanie dla mnie za szybkim, ale dzięki temu przy bramie już mam swobodę biegu. Staram się uspokoić tętno i wyrównać tempo. Pierwszy kilometr mijam po 3:53 min. Myślę sobie „za szybko, nie dam rady tak utrzymać”. Lekko zwalniam. Kolejne dwa kilometry już idealnie – po 3:59 min. Potem niestety ucieka mi gościu, którego sobie upatrzyłem na zająca. Poczuł się mocno, to przyspieszył. U mnie na zegarku tempo bez zmian. Do nawrotki na półmetku, która trochę wybiła mnie z rytmu. Przez to szósty kilometr już w 4:10 min.

I tu zaczęła się walka ze sobą. Nie znoszę biec sam, nie mając przed sobą nikogo kto mógłby narzucić szybkie i równe tempo. Jestem zdany sam na siebie, a sam mam problem z utrzymaniem jednostajnej prędkości. Dwa tysiące metrów przed metą słyszę od kogoś „luźno! mocno ręce!” i to mnie trochę poniosło. Został już tylko najtrudniejszy odcinek, czyli podbieg na esplanadę stadionu, który pokonuję w wielkich mękach (strach pomyśleć co by było bez treningów siłowych) i ostatnia prosta. Tam ścigam się z Sylwią, która jak się później okazało, zajmuje 3. miejsce w K 20. Nareszcie meta! Patrzę na zegarek i nie wierzę – 40:36! Jaram się jak dziecko! Odbieram medal, w podskokach rzucam się w ramiona J. Nie mogę uwierzyć, że tę samą trasę zrobiłem prawie 3 minuty szybciej, niż rok temu…

Ostatni męczący podbieg i sprintem do mety

Bieg z czasem 29:29 wygrał Arkadiusz Gardzielewski, zawodnik WKS Śląsk Wrocław, reprezentant Polski. I tu się rodzi pytanie – czy to aby na pewno bieg dla amatorów? Mi to tam rybka, ale dla kogoś kto na własną rękę zapieprza cały rok na dobry wynik, a w zawodach zwycięstwo zabiera mu zawodowiec, może to być powód do złości. Uważam, że albo regulamin powinien zabraniać start zawodowców, albo powinno się zrobić dla nich osobną klasyfikację.

Co do samej imprezy – rewelacja. Dla mnie to najlepsze 10 km we Wrocławiu. Zarówno pod względem organizacji, jak i super trasy wręcz stworzonej pod bicie życiówek. I pomyśleć, że zaczęli od mega wpadki w pierwszej edycji. Widać wyciągnęli wnioski i z każdym rokiem daje się odczuć co raz to wyższy poziom. Może organizatorzy wzięli by pod uwagę w przyszłym roku finisz na płycie stadionu? Byłaby to dodatkowa atrakcja dla biegaczy i pozbycie się męczącego podbiegu 500 metrów przed metą.

Czas 40:31 to moja nowa życiówka w biegu na 10 km!

Od biegu upłynęło już trochę godzin, emocje opadły. Tak sobie myślę na chłodno, że 40 minut było do zrobienia. Zabrakło mi tylko kogoś kto by mnie pociągnął za sobą w tempie 3:59 min/km. Ale co się odwlecze, to nie uciecze – jestem pewien, że w tym roku jeszcze będę się cieszył z „trójki” z przodu. Zwłaszcza, że na horyzoncie nowa ogólnodostępna bieżnia we Wrocławiu. Nareszcie będę gdzie miał robić porządne treningi szybkościowe!

Następny przystanek Gdynia – 19 marca lecę półmaraton!

Wyniki OPEN

6 thoughts on “Buraki poniosły – relacja z 4. edycji 10 Wroactiv”

  1. Cieszę się, że w końcu wystrzeliłeś z tym blogiem 🙂 Pióro lekkie jak sam Ty, więc obydwu Wam życzę maksymalnego rozkręcenia 🙂 🙂

  2. Super wynik, gratulacje! U mnie też życiówka, minutę za Tobą – 41:39 🙂
    O jakiej nowej ogólnodostępnej bieżni mowa? Gdzie takowa powstaje?

    1. Dzięki! Tobie ròwnież gratuluję, super czas 🙂 bieżnia powstaje na Biskupinie, na terenie szkoły przy ul. Pautscha. Jest już na wykończeniu, wczoraj malowali linie

  3. Pingback: Piszą o nas! | WROACTIV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *