Chcę jeszcze! – relacja z Górskiego Zimowego Maratonu Ślężańskiego

Ależ to był bieg! Niesamowita atmosfera, malownicza trasa oraz pyszny poczęstunek na mecie. Pomimo trudnych warunków i samotnego biegu od piętnastego kilometra, udało mi się ukończyć swoje pierwsze górskie zawody! 

Nie planowałem tego startu. Chciałem wzorem poprzednich weekendów wybrać się na Ślężę ze znajomymi, by w spokojnym tempie przebiec koło 20 kilometrów. W między czasie (już po zamknięciu zapisów) pojawiła się opcja odkupienia pakietu na dystans 24 km po atrakcyjnej cenie. Postanowiłem skorzystać z okazji i pobiec po oznakowanej trasie, z opieką medyczną i poczęstunkiem na mecie. To była świetna decyzja.

Do Sobótki pojechałem z dwójką biegowych wymiataczy. Ponieważ jedno z nich miało jeszcze do załatwienia przepisanie pakietu, w biurze zawodów byliśmy grubo przed czasem. Było okrutnie zimno, a oczekiwanie na start niesamowicie się dłużyło. Na szczęście, w przeciwieństwie do 99% moich biegów, byłem tego dnia w pełni zrelaksowany. Niby bieg w nieznane, niby debiut w górach, ale chyba do mnie to jeszcze nie docierało. Być może dlatego, że chciałem pobiec bardzo spokojnie.

Przed startem zrobiłem krótką rozgrzewkę i punktualnie o godz. 10 wyruszyliśmy na trasę. Pierwsza część dystansu to bardzo długi podbieg o umiarkowanym nachyleniu i dużą ilością kamieni. Trzeba było bardzo uważać, żeby już na samym początku nie skręcić sobie stawu skokowego. Im wyżej się wdrapaliśmy, tym było co raz trudniej o większe prędkości. Minusowa temperatura i opadająca z drzew szadź spowodowały, że nawierzchnia stała się bardzo śliska. Możecie sobie tylko wyobrazić jak zachowywały się na niej moje buty z płaską podeszwą.

Dlatego też cieszyłem się, gdy zmienił się nieco „klimat” i w końcu wbiegliśmy na leśne ścieżki. Tam z kolei mieliśmy do czynienia z istnym torem przeszkód. Trzeba było po drodze pokonać kilka powalonych drzew, czy ogromnych kałuż. Na jednej z nich z resztą się wyłożyłem, gdy prawy but osunął mi się w głębokim błocie. Straciłem równowagę i poleciałem na lewą stronę. Odruchowo chciałem się podeprzeć ręką przed upadkiem na ziemię i zamoczyłem ją (bardziej rękawiczkę, w której była schowana) do wysokości nadgarstka w bagienku. Nic przyjemnego, ale z uśmiechem na twarzy ruszyłem dalej.

Tuż przed samym szczytem przeszliśmy do marszu, gdyż naszym oczom ukazały się strome, pokryte lodem schody. Najpierw podejście, a potem lekkie zejście. Na zejściu każdy z nas niemal siadał, by w jak najbezpieczniejszy sposób zsunąć się stopień niżej. To odcinek, którego bałem się najbardziej. Jeden fałszywy ruch i lecisz ze skarpy. Dlatego trzeba było schować dumę do kieszeni, nie oglądać się na innych i każdy krok robić nawet po kilkanaście sekund. Ufff, udało się, jest szczyt! Teraz już „z górki”.

W praktyce było jeszcze kilka podbiegów, ale o tym później. Póki co koncentruję się na zbiegu by nie wyrżnąć na tylną część głowy. Na drodze leżała cienka warstwa śniegu, więc nawet trudno było ocenić co się pod nią znajduje. W każdym razie nie „puściłem nogi” jak dwa tygodnie temu, gdy było tu czarno, ale cały czas przyhamowywałem. Najwyższe tempo jakie mi tu zmierzył zegarek to 4:30 min/km – bardzo asekuracyjnie.

Na zawody zabrałem dwa żele i bukłak z wodą na plecy. Pierwszy żel chciałem zjeść po 1,5 h biegu. W moim przypadku akurat wypadało to tuż za jedynym na trasie punktem odżywczym. Znajdował się on na 14 kilometrze i gdy go mijałem nawet nie spojrzałem co organizatorzy mają do zaoferowania. Dzięki kontynuowaniu biegu łyknąłem około 7 biegaczy na raz. „Ale ze mnie cwaniak” – pomyślałem w żartach. Pięćset metrów za punktem zjadam żel i chcę popić wodą. I co się okazało? Że woda mi zamarzła w bukłaku… Nie pomogło stukanie, ani rozmasowanie rurki. „Faktycznie cwaniak…” Z tego powodu przez całe 24 km nie dzióbnąłem nawet kropli wody. Całe szczęście, że moje żele nie wymagają popijania.

Dogania mnie ta 7-osobowa grupka, którą przed momentem wyprzedziłem. Robię teraz za przewodnika, bowiem organizator zamiast po szlaku wyjeżdżoną drogą skierował biegaczy na zbocza góry. Super trail po trawie, wąską ścieżką między drzewami. Wymagało to też trochę orientacji w terenie, bowiem trzeba było szukać zawieszonych na gałęziach żółtych wstążek wyznaczających trasę. Przede mną nikogo nie było, a nikt z „towarzyszy biegu” nie kwapił się, żeby poprowadzić. Gdy tylko wróciliśmy na szlak, dosłownie na moment się rozluźniłem i źle postawiłem stopę na wystającym spod błota kamieniu. Podkręciłem kostkę i musiałem nieco zwolnić. Tamci wyrwali do przodu, a ja zostałem sam. Jak się później okazało, prawie do samej mety.

Chwilowy ból na szczęście udało się rozbiegać. Dziesięć minut później już nie pamiętałem, że cokolwiek się wydarzyło. Ostatnie 9 kilometrów trasy to bardzo monotonny bieg lekko w dół. Na szczęście nie było już kamieni, trzeba było zmagać się tylko z błotem. Najlepsi zapewne rozwijali tu bardzo duże prędkości, mi się nigdzie nie spieszyło. Po drodze do pokonania był jeszcze jeden stromy i długi podbieg, na którym postawiłem sobie za punkt honoru żeby nie przejść do marszu. Udało się. Można było powoli wypatrywać metę. Im bliżej 24 kilometra tym więcej mijam biegaczy, których odcięło i nie mają siły dotrzeć w biegu do końca. To dodaje mi pewności siebie. Szukam jakiegoś zbiegu, gdzieś tam powinien być koniec, na zegarku już mam przecież 23,5 km! Tymczasem kierują nas na bardzo ostry podbieg. „Co jest do cholery?!” – pomyślałem. Nikt tu nie biegnie, każdy wdrapuje się idąc. Ja chcę mieć to już za sobą, więc zrywam się do biegu, wyprzedzam jeszcze trzy osoby i jest meta! Z kronikarskiego obowiązku: czas jaki zanotowałem to 2:23:37, ale dla mnie tego dnia było to bez znaczenia.

Po przekroczeniu mety czuję zmęczenie, ale nie mam zadyszki. Idę normalnie, nie kuleję, nic mnie nie boli. Mija kilka minut i zaczynam żałować, że to już koniec – tak bardzo mi się podobało! Zupełnie inna bajka, niż bieganie po płaskim. Jestem pewien, że jeszcze nie raz tu wrócę. Oby z lepszymi butami.

Na biegaczy czekał poczęstunek od organizatora. Można było się napić grzanego wina lub herbaty, były banany, czekolada i ciastka z marmoladą. Najbardziej mi jednak smakował posiłek regeneracyjny, czyli ryż z mięsem w pysznym sosie słodko-kwaśnym.

Podsumowując była to wspaniała impreza z niesamowitą atmosferą. Polecam wszystkim chcącym zacząć swoją przygodę z bieganiem po górach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *