Coś więcej, niż tylko trening – relacja z V Omega Sport Smoleckiej (za)Dyszki

To był jeden z tych biegów, o których najchętniej bym szybko zapomniał i ani słowa nie wspomniał na blogu. W sporcie ważne jest jednak przyjmować na klatę także porażki. Taką było dla mnie ukończenie Smoleckiej (za)Dyszki w czasie 43:33. 

Nie będę się tłumaczył pogodą, ani profilem trasy. Czas zwycięzcy (34:15) pokazał, że w Smolcu można biegać szybko. Brakuje jednak odpowiedniego przygotowania do takich warunków. Cały rok staram się unikać słońca na treningach, a potem gdy przychodzi start w temperaturze 30 stopni brakuje sił, by odpalić. Do tego niedostateczna praca nad siłą biegową i efekty są jakie są. Ktoś powie „Daj spokój, w takich temperaturach się nie biega. Nie dało się więcej”. Ok, a jeśli na wrześniowym maratonie, pod który podporządkowuje całe lato, pogoda nie dopisze, to znów będę miał wymówkę?

Pierwszy kilometr pokonałem kilka metrów przed pacemakerem.

Do Smolca pojechałem z zamiarem złamania 40 minut. Wiedziałem, że będzie ciężko, bo słońce z minuty na minutę grzało co raz mocniej. Mimo wszystko nie sądziłem, że pobiegnę wolniej, niż w półmaratonie tydzień temu. Do czwartego kilometra było wszystko w porządku. Złapałem się pacemakera i zaskakująco łatwo utrzymywałem tempo 4:00 min/km. Potem jednak na długiej prostej po ulicy Chłopskiej wpadliśmy w taki gorąc, że się zagotowałem. Tropikalną temperaturę odczuć można było z góry od słońca i z dołu przez niezwykle rozgrzany asfalt. Odpuściłem. Już w tym momencie miałem mocną zadyszkę, a do mety jeszcze daleko. Mimo wszystko chciałem ten bieg ukończyć, dlatego zwolniłem do 4:20 i po chwili biegłem już sam.

Do czwartego kilometra udało mi się utrzymać tempo pacemakera.

Od tego momentu nie myślałem już o czasie, ale żeby bez stawania dobiec do mety. Po drodze miałem czas trochę się zdenerwować na swoją bezsilność. Chciałoby się mocniej, ambicje są na bicie życiówek, a tu przyszło takie rozczarowanie. Słońce już gdzieś się pochowało za chmurami, ale to co zabrało, to już nie oddało. Oddech w dalszym ciągu bardzo niespokojny, co raz mocniej odczuwałem też ból w łydkach. Nie przypominam sobie kiedy ostatnio 10 kilometrów dało mi tak w kość. Chwilę orzeźwienia zaznałem przebiegając przez kurtynę wodną i punkt z wodą na 7 kilometrze. Tempo spada mi nawet do 4:40, a mimo wszystko doganiam kilku biegaczy. Na trasie co raz więcej osób przystaje. Tu komuś słabo, tam kogoś skurcze łapią, jeszcze inny ma problem mięśniowy. Wyglądaliśmy jak na trasie ultramaratonu górskiego, a nie dyszki po płaskim.

Chwila orzeźwienia na punkcie z wodą.

Słychać już głoś spikera, do mety co raz bliżej. Staram się wykrzesać z siebie resztki sił i delikatnie przyspieszam. Ostatni kilometr pokonuję w tempie 4:20. Na ostatniej prostej po Karola (tri_ziptii) okrzyku, zagrzewającego do walki, rzucam się jeszcze do sprintu i wyprzedzam trzech biegaczy. Czas na mecie 43:33 – bez komentarza. Mimo wszystko nie żałuję. Wiem, że na treningu nie zmusiłbym się do tak wysokiego tętna, a co dopiero wyjścia w taki upał. Kto wie, może zaprocentuje to w przyszłości.

W końcu długo wyczekiwana meta.

Poza czysto sportowymi emocjami, fajnie było wrócić do miejsca, w którym debiutowałem w biegach ulicznych. Trzy lata temu wielkim przeżyciem było dla mnie ukończenie tej samej trasy poniżej 50 minut. Progres jest zauważalny, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Uważam, że już w tym momencie stać mnie na czas z trójką z przodu. Mam tylko nadzieję, że w treningu pod maraton nie stracę na szybkości i na jesień będę mógł to udowodnić podczas zawodów.

Po biegu czas na wygłupy.

Jak zwykle na bardzo wysoką ocenę zasłużyli organizatorzy. Było wszystko, co potrzeba. Depozyt i biuro zawodów działały sprawnie, nie trzeba było się o nic martwić. Ponadto atmosfera, która towarzyszy takim kameralnym biegom, tym bardziej na wsi, jest nie do opisania. Mam wrażenie, że duchem biegli z nami wszyscy jej mieszkańcy. I ten piknik po biegu! Dla biegaczy przygotowano przepyszną grochówkę jako posiłek regeneracyjny. Tak jak nie przepadam raczej za tą zupę, tu mocno zastanawiałem się nad dokładką! Kalorie można było uzupełnić też kosztując domowe ciasta, przygotowane przez miejscowe gospodynie. Dla smakoszy piwa zaserwowano kilka pozycji prosto z Browaru Kamienica. A wszystko to w rodzinnej atmosferze na zielonej trawce. Polecam każdemu, żeby choć raz pojawił się na Smoleckiej (za)Dyszce!

Wyniki

10 thoughts on “Coś więcej, niż tylko trening – relacja z V Omega Sport Smoleckiej (za)Dyszki”

  1. Było dokładnie, jak opisałeś. Piekło biegu zrekompensowane oprawą i kibicami. Za rok absolutnie koniecznie w kalendarzu biegowym!

      1. Jestem kanapowcem, który około 4 lat temu wstał i pobiegł jak Forest Gump, tak wiec najlepsze lata biegowe spędziłem w fotelu. Chciałem zejść poniżej 50min, wyszło 50:16 Do 4km git, potem koszmar, ulga w cieniu gdzieś na 7-8km

  2. Zgadzam się z opisem, ta długa prosta po ulicy Chłopskiej mnie pokonała ale najważniejsze że dobiegłam.Atmosfera mega pozytywna i to najważniejsze

  3. Podoba mi się Twoje nastawienie. Takie temperatury trzeba zawsze brać na klatę – grunt to odpowiednie nawodnienie. Pogody się nie wybiera 😉 Ciekawa stronka, tak trzymaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *