Do dwóch razy sztuka – relacja z 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton

Co nie udało się w Białymstoku, udało się we Wrocławiu! Bariera 1:30 rozmieniona już za drugim podejściem i to w pięknym stylu! 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton przeszedł do historii, ale zostanie przeze mnie zapamiętany na bardzo długo. Nie tylko ze względu na udany bieg, ale także moc wrażeń, które mu towarzyszyły przed i po. W dodatku na mecie czekała na mnie miła niespodzianka.

Jedenaście tygodni planu treningowego, po drodze trzy półmaratony i w końcu się doczekałem. Start, który od początku traktowałem jako najważniejszy bieg w sezonie. Dzień, w którym nareszcie miałem się rozprawić z czasem 1:30. Pierwszą, jak się później okazało desperacką, próbę podjąłem 14 maja w Białymstoku. Tam się nie udało, ale wnioski zostały wyciągnięte. Tym razem wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany i tylko czynniki pozasportowe lub dyspozycja dnia mogą spowodować niepowodzenie.

Dla mnie 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton rozpoczął się już w piątek. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, tym bardziej tych, z którymi łączę te same pasje. Taką osobą jest Kamil, z którym skumałem się przez Instagram, a później zamieniłem parę zdań przy okazji półmaratonu w Poznaniu. Jakiś czas temu zaoferowałem mu nocleg u siebie w mieszkaniu i dlatego już 16 czerwca po pracy miałem gościa i zarazem współtowarzysza biegu. Dla zabicia czasu wybraliśmy się czteroosobową grupą na teren Centrum Historii Grabiszyńska, gdzie tego dnia odbywał się WrocLove Fest. Po fantastycznym koncercie Jelonka zaczęło padać i przenieśliśmy się do włoskiej restauracji. Tam towarzystwo władowało solidną porcję węglowodanów w postaci pizzy lub makaronu. Za zakończenie wieczoru obejrzeliśmy męczarnie Polskiej reprezentacji w meczu ze Słowacją w ramach Mistrzostw Europy w piłce nożnej do lat 21. – Obyśmy jutro o tej porze byli w lepszych nastrojach – podsumowałem.

Sobota powitała nas deszczem i silnym wiatrem. Mimo wszystko o pogodę byłem dziwnie spokojny. Wiedziałem, że nawet jeśli będzie padać, to nie przeszkodzi to w realizacji założeń. Z kolei wiatru w nocy we Wrocławiu nie potrafię sobie przypomnieć. Po śniadaniu, gdy nieco się rozjaśniło ruszyliśmy do biura zawodów po odbiór pakietów. Wszystko poszło bardzo sprawnie, bowiem nie było żadnych kolejek. Stwierdziliśmy, że wrocławianie musieli tu być już wczoraj, a przyjezdni będą na ostatnią chwilę. Zrobiliśmy jeszcze szybki spacer po terenie AWF-u, kilka zdjęć na tle trybun odnowionego Stadionu Olimpijskiego i z powrotem do domu. Towarzystwo nie było chętne do zwiedzania i gdyby nie fakt, że zaproponowałem drogę na przystanek przez Pergolę i Halę Stulecia, to przez cały weekend nic by nie zobaczyli w tym pięknym mieście. Nie wiedzą co tracą.

Przez to, że szybko byliśmy z powrotem, kolejne godziny do startu wlokły się niemiłosiernie. Wykorzystaliśmy je na opowieści z poprzednich połówek do Korony Półmaratonów Polskich. W między czasie gdzieś tam spoglądaliśmy za okno jak wygląda sytuacja na niebie i podjadaliśmy przekąski z pakietu startowego. Obiad zaplanowaliśmy bowiem na 15, a głód nam dokuczał już od 13… Wiele osób ma z tym problem co jeść i kiedy jeść przed wieczornymi zawodami. My postawiliśmy na coś lekkiego, ale pożywnego – niezawodny makaron z truskawkami. Porządna porcja świderek i te czerwone pyszne owoce. Żadnych śmietan, cukrów itp. Potem nas trochę przymuliło, ale trzeba było wytrzymać przynajmniej do 17:30, kiedy mieliśmy się położyć na godzinną drzemkę. Po wstaniu powrót do rytuału z biegów porannych – dwie jasne bułki grubo posmarowane dżemem i kubek gorzkiej herbaty. Można powiedzieć, że jesteśmy naładowani i gotowi.

Na miejsce dotarliśmy około godzinę przed startem. Mieliśmy czas zostawić rzeczy w depozycie, zrobić sobie zdjęcie grupowe i wykonać solidną rozgrzewkę na Polach Marsowych. Po drodze do strefy spotykam jeszcze tatę, któremu życzę powodzenia. Razem z Kamilem mieliśmy ustawić się za balonami na 1:30. Sądziłem, że będzie to gdzieś 20-30 metrów za elitą. Tymczasem nasi pacemakerzy stali niemal na linii startu. O tej godzinie nie było już szans się tam dopchać. Bałem się, że powtórzy się sytuacja sprzed roku, kiedy tłum wolniej biegnących ludzi mnie zablokował i już po pierwszym kilometrze straciłem zająca z pola widzenia. – Musimy mocno wypruć na pierwszych metrach! – krzyczałem do Kamila.

I udało się. Pierwsze 500 metrów biegłem, co prawda, średnio w tempie 3:40, ale po dogonieniu baloników poczułem taki wewnętrzny spokój. – To się nie może nie udać – myślałem. Zobaczyłem, że Kamil dołączył do mnie (na 2 kilometrze widzieliśmy się po raz ostatni), wiedziałem też, że Radek Langner (vel wrorunism) prowadzi grupę. Dzięki temu było mi o wiele raźniej, niż gdybym miał biec „sam”. W tym tłumie próbowałem wyłapać inne znajome twarze, niestety było zbyt ciemno. Pierwszy kilometr mijam po 4 minutach i 3 sekundach, ale tętno już mi się uspokoiło. Biegnie mi się luźno i przyjemnie.

Taktyką pacemakerów ewidentnie było złapać trochę zapasu na każdym kilometrze, żeby mieć co stracić na punktach żywieniowych, gdzie to tempo siłą rzeczy zawsze spada. Żeby pobiec na 1:30, musieliśmy trzymać 4:15 km/min. Tymczasem na 2, 3 i 4 kilometrze zegarek złapał mi odpowiednio 4:10, 4:14, 4:08 min. Dopiero na piątym byliśmy idealnie w punkt, ale to tylko na chwilę, bo potem znów 4:09, 4:11, 4:13. Podczas całego 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton tylko dwa razy byliśmy poniżej kreski, gdzie straciliśmy, uwaga, całe 2 sekundy!

Gdzieś między szóstym, a siódmym kilometrem słyszę zza pleców „cześć Filip!”. Obracam się, patrzę, a tu Emilka (vel egroza). – No Panie, teraz to już na pewno nie możesz dać ciała – śmiałem się w myślach. Fajnie, że złapaliśmy kontakt, bo w grupie znajomych zawsze łatwiej jest przezwyciężać kryzysy. Kiedy wiesz, że nie możesz odpuścić, bo będzie wstyd potem w rozmowach. Krótką pogawędkę zjebką przerywa nam Radek pacemaker. – Nie gadać! Tracicie siły! – może i racja.

Sił na szczęście nie brakowało. Problem był gdzie indziej. Niemal od samego początku borykałem się z problemami żołądkowymi. Nie wiem, czy za późno zjadłem, czy to przez to, że się nie wypróżniłem. W każdym razie czułem na dnie żołądka te nie strawione bułki z dżemem, które zjadłem o godz. 19. Później przerodziło się to w zapowietrzenie, więc modliłem się o rozluźnienie pośladków, żeby sobie ulżyć. Bałem się nawet łyknąć sobie wody na punkcie, żeby nie pogorszyć sytuacji. Ostatecznie na całej trasie w ogóle nie piłem. Na 10 i 17 kilometrze zjadłem sobie tylko moje niezawodne żele SIS.

Nagle mijamy tabliczkę wyznaczającą 14 kilometr. I wtedy wróciły demony przeszłości. Jak zły sen, z którego chcesz się wybudzić. Zacząłem sobie przypominać jak to w zeszłym roku dokładnie w tym samym miejscu zaczęły się moje problemy ze ścięgnami podkolanowymi w prawej nodze i skurczami w obu łydkach. Jakaś masakra. Na 14 kilometrze spuchłem też miesiąc temu w Białymstoku. Zdecydowanie nie jest to moja szczęśliwa liczba. I choć nie jestem przesądny, na chwilę wkradł się pewien niepokój.

Tym razem nic takiego nie ma miejsca. W dodatku powoli puszcza ból żołądka – jest dobrze! Jesteśmy już na moście Grunwaldzkim i powoli pachnie już metą. Musimy jednak zbiec jeszcze na Wybrzeże Wyspiańskiego. Tam ewidentnie przyspieszamy, zaczynają się okrzyki ze strony pacemakerów zagrzewające do walki. – Kto ma siłę, ten niech biegnie przodem! – słyszę. – No jasne, jak dociągnę z Wami to będzie dobrze – pomyślałem. Zaczyna mi już brakować sił, pojawia się pierwsze zwątpienie. W dodatku przed Mostem Szczytnickim jest jeszcze pod górę. – Już dużo nie zostało! Jak nie teraz, to kiedy?! – próbowałem się zmotywować. O bólu na chwilę pozwala zapomnieć sytuacja, kiedy ktoś rzucił komplement Emilce (egroza) na temat jej nóg. Wywiązała się z tego śmieszna rozmowa, dzięki czemu nawet nie wiem kiedy minął kolejny kilometr.

Ostatnia prosta przed stadionem ulicą Różyckiego to już kompletne szaleństwo. Biegłem w tempie 4:05 min/km, a i tak widziałem, że z każdym metrem ucieka mi grupa, z którą przez tyle kilometrów biegłem ramię w ramię – strasznie demotywujące. Ja może i bym wycisnął z siebie jakiś sprint, gdyby nie to, że właśnie przed chwilą złapała mnie strasznie bolesna kolka pod prawym żebrem. W najgorszym możliwym momencie… Na szczęście są na tym świecie tacy wspaniali ludzie jak Radek Langner (wrorunism). Prawie się zatrzymał, chwilę na mnie poczekał i najpierw zmotywował mnie do tego, żebym nie stanął, a potem żebym nie zwalniał. Biegliśmy tak do samego końca. Tylko ja i on. To znaczy ja biegłem, on to co najwyżej truchtał. Łatwo nie było, kolka bardzo przeszkadzała, ale dałem radę. Z tyłu głowy miałem też świadomość, że mam kilkanaście sekund zapasu, więc raczej nie bałem się o to, że się nie zmieszczę w 1:30. Chciałem po prostu mieć to już za sobą. I tak jak ludzie wbiegali na metę z uśmiechem, tak ja jak zwykle z grymasem na twarzy. Mój czas to 1:29:10, więc rewelacja! Grubo powyżej oczekiwań.

Po wyjściu ze stadionu spotykam kolejnych Instagramowiczów – Weronikę (weronikah_) i  Damiana (dam_cwy). Super było Was poznać i zamienić więcej, niż jedno zdanie. Jeszcze raz gratuluję wspaniałych życiówek i mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!

Teraz czas już tylko na zabawę i after party, które planowaliśmy z Karolem (tri_ziptii) od prawie tygodnia. Odbieram z depozytu zapas piwa i kieruję się na parking. Tam w kilkanaście minut zbiera się trochę osób i świętujemy nasze życiówki do późnych godzin nocnych (ostatni skończyli koło 4 nad ranem – nie muszę mówić kto). Tutaj też pragnę podziękować wszystkim za obecność. Jesteście pozytywnymi świrami, tak jak sobie to wyobrażałem. Nie zmieniajcie się i bądźmy w kontakcie – trzeba to koniecznie powtórzyć!

W międzyczasie dociera do mnie informacja, że zająłem 3. miejsce w klasyfikacji dziennikarzy sportowych. Mega zaskoczenie i miłe podsumowanie wieczoru! Wiedziałem, że mogę być wysoko, bo konkurencja nie jest zbyt duża, ale o załapaniu się na podium nawet nie śniłem! Patrzę na zegarek, a tam 5 minut do dekoracji. Cisnę więc z całych sił z powrotem w okolice stadionu, ale nie za bardzo wiem gdzie dokładnie mam się kierować. W końcu znalazłem biuro, w którym zapytałem o drogę. Okazało się, że właśnie dotarłem na miejsce.

I teraz uwaga. Opowiadam Wam jak w 5. PKO Nocnym Wrocław Półmaratonie wygląda dekoracja najlepszych dziennikarzy. Wyszła Pani na fochu z pucharem, poprosiła mnie o wejście na trzeci stopień podium, pogratulowała, podała puchar i poszła. Koniec dekoracji. Na pierwszym i drugim miejscu zamiast biegaczy leżały pozostawione przez kogoś śmieci, folie, rzeczy. W efekcie czego nawet nie mam zdjęcia z pudła, bo wstyd w ogóle było robić na takim tle. Straszna prowizorka. I rzucam pytanie do organizatorów: skoro nie ma poszanowania dla tej kategorii, to po co w ogóle ją robić? Jestem ciekaw jak to wyglądało w kategoriach wiekowych. Ktoś ma jakieś informacje? Piszcie w komentarzach!

Żeby nie było, nie jestem jakimś pozerem, który oczekuje całowania po rękach i Bóg wie jeszcze czego. Ale to co odwalili organizatorzy, to jest mało śmieszny żart. Niby zdobyłem swój pierwszy w życiu puchar. W dodatku na tak dużej imprezie. Powinienem się cieszyć, a jednak pozostał niesmak. Nie tak wyobrażałem sobie swoją pierwszą dekorację w życiu.

Abstrahując od powyższej sytuacji, wstyd mi za organizację półmaratonu w moim rodzinnym mieście. Ceny pakietów są co raz wyższe, robią co raz większe limity startujących, a nie ma komu zapewnić komunikacji miejskiej dla biegaczy? Przy takiej imprezie masowej tramwaje powinny śmigać minimum co 5 minut. A jeździły pewnie według sobotniego rozkładu. Sam jechałem z centrum „17-stką” i ludzi było po sufit, motorniczy wielokrotnie miał problem z zamknięciem drzwi. A to było godzinę przed biegiem! Nie chcę sobie nawet wyobrażać co się działo po biegu. Słyszałem też o dantejskich scenach w depozycie, który absolutnie nie był przygotowany na taką ilość chętnych. Zbyt małe strefy żywieniowe. Brak możliwości powrotu do strefy gastronomicznej. Można by wymieniać i wymieniać. Światełka, muzyka, finisz na stadionie – to wszystko fajne, ale niech to nie przysłoni poważnych problemów organizacyjnych. Wyciągać wnioski i poprawić na przyszłość!

Dziś pewnie zrobię lekkie rozbieganie, w środę spróbuję pobudzić nogi do szybszego biegania na bieżni, a w sobotę zaatakuję 40 minut na dychę w Smolcu. Weekend zapowiadają upalny, ale nie w takich temperaturach już się biegało. Trzymajcie kciuki!

Wyniki – OPEN
Wyniki – kategorie
Wyniki – dziennikarze

10 thoughts on “Do dwóch razy sztuka – relacja z 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton”

  1. Gratuluje wyniku! Z tym jedzeniem przed też miałem problem bo to był pierwszy raz kiedy startowałem w nocy i nie wiedziałem kompletnie jak jeść. Balem się że albo się zesram albo padnę z głodu na trasie 😀 Intuicyjnie zdecydowałem się zjeść obiad o 13 a podwieczorek o 19. Na obiad carbonara czyli trochę cięższy makaron niż Twoja wersja z truskawkami, a na podwieczorek dwa banany więc już lżej 🙂 I wyszło super. Nie byłem głodny ani nie miałem żadnych problemów na trasie. Jeszcze raz gratuluję i pozdrawiam!

      1. Jeśli chodzi o półmaraton to może wiosną dopiero. Na jesień planuje poprawiać się na dychę. Trzech minut mi brakuje do tej magicznej bariery 40min i na tym się skupiam. Jak nie uda się w tym roku to będę próbował wiosną i wtedy półmaraton trzeba będzie jeszcze odłożyć…

  2. Gratki. Mi się niestety do baloników już nie udało dopchać i leciałem sobie sam. Nabiegałem równo 1:31 i jestem z tego zadowolony, na pierwszym kilometrze był taki tłum, że musiałem cały czas wyprzedzać a czas wyszedł i tak koło 4:40 (apele o ustawianie się na miarę możliwości znowu nie do wszystkich trafiły). Na spotkanie po biegu niestety nie udało mi się dotrzeć bo od razu ze znajomym poszliśmy w kierunku samochodu. Korespondencyjnie wypiłem z Wami piwko w domu. mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się zorganizować takie spotkanie, w końcu wakacje przed nami, może jakieś wspólne bieganie nam się przytrafi. Co do organizacji to cóż, zawsze będą jakieś niedociągnięcia a za rok i tak pewnie znowu pobiegnę bo impreza ma swój urok.

    1. Dziękuję, Tobie również gratuluję 🙂 4:40? to nieźle potem musiałeś nadrabiać… Jeśli chodzi o półmaraton we Wrocławiu – zastanawiam się czy gdyby nie fakt, że jest on u siebie, na miejscu, to czy pobiegłbym w przyszłym roku. Mam za sobą połówki w Gdynii, Poznaniu i Białymstoku i mam wrażenie, że wszystkie organizacyjnie przewyższały ten sobotni… Szkoda…

      1. Dzięki. potem już w miarę możliwości biegłem swoim tempem. nie gdybam co by było jakby ten pierwszy kilometr był sprawniejszy bo i tak chodzę mega zadowolony od soboty. Z medalem na szyi siedziałem jeszcze w domu po prysznicu. Pewnie, że inaczej patrzymy na nasz „domowy” półmaraton. jakbym miał na niego pół Polski przejechać to bym się mocno zastanowił.

  3. Gratuluję szczerze tak dobrego i mądrego taktycznie biegu i pięknej życiówki. 🙂 Czekam na kolejne tak optymistyczne biegi. Bardzo zazdroszczę, że udało Wam się tak fajną ekipą spotkać po biegu. Ja szykuję się na łamanie 2h na krakowskiej połówce – to będzie mój trzeci półmaraton w życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *