Dziesięć sekund robi różnicę – relacja z 10. Poznań Półmaraton

Tydzień po szczęśliwej wyprawie nad morze nadszedł kolejny start w półmaratonie, tym razem w Poznaniu. Założenia były zupełnie inne, bardziej wyśrubowane, ambitniejsze. Nie sądziłem jednak, że będzie mnie to kosztowało tyle siły i poświęcenia. 

Zeszłotygodniowy start w półmaratonie w Gdyni był moim pierwszym na tak długim dystansie od wrześniowego maratonu we Wrocławiu. Potraktowałem go rozpoznawczo – interesowało mnie jak znoszę 1,5-godzinny wysiłek bez większego wybiegania na treningach. I pomimo, że czas poniżej 1:40 był moim najlepszym z dotychczasowych połówek, wiedziałem, że stać mnie na więcej. Biegło mi się na tyle komfortowo, że poczułem się mocny. – 1:35 w Poznaniu? Co to dla mnie! – mówiłem.  Takie były założenia. Ale niewiele brakowało, a dałbym się namówić na czas pięć minut lepszy. – Z Twoimi wynikami na 5 i 10 km dasz spokojnie radę – usłyszałem od jednej z użytkowniczek Instagrama. Trochę mi to namąciło w głowie. – Może faktycznie? Może pobiec w startówkach i spróbować? – biłem się z myślami. Ostatecznie jednak, w obawie przed zbyt dużym progresem, zostałem przy swoim.

Każdy mój wyjazd na dużą imprezę biegową to zawsze wyzwanie logistyczne. Jako że nie jestem zmotoryzowany, do ogarnięcia jest transport i nocleg. Do stolicy Wielkopolski postanowiłem pojechać (z konieczności sam) na biedaka – pociągiem i bez nocowania. Intercity z Wrocławia jedzie 2,5 godziny. Bieg startował bardzo wcześnie, bo już o 9. Wobec tego, żeby być na czas musiałem wyruszyć tym o 4:30. Jeśli odejmiemy od tego godzinę na szybkie śniadanie, poranną toaletę i dojazd na dworzec oraz fakt, że akurat tego dnia przestawialiśmy zegar godzinę do przodu, pobudkę trzeba było zaplanować na 2:30 (3:30 nowego czasu).

W tym miejscu muszę się pochwalić swoim profesjonalnym podejściem do każdego startu. Wiecie co zrobiłem? Kilka dni przed zawodami zacząłem przestawiać organizm, by przyzwyczaił się do wczesnego chodzenia spać i wczesnego wstawania. I tak w środę poszedłem spać o 21, wstałem w czwartek o 5. W czwartek spać o 20, pobudka w piątek o 4. Tak samo z piątku na sobotę. Spytacie co ja do cholery robiłem o 4 na nogach. Raz byłem przetruchtać 3 km, innym razem odwiedziłem J w pracy, która akurat miała nocną zmianę. I tak jakoś leciało. Efekt? W noc przed półmaratonem spałem 8 godzin, obudziłem się wyspany i wypoczęty.

Podróż minęła bardzo szybko. Nie odczułem żadnego zmęczenia spowodowanego długim siedzeniem. Od rana na nogach miałem bowiem skarpety kompresyjne, które w takich sytuacjach są nieocenione. Na targach poznańskich, centrum dowodzenia tegoż półmaratonu, zjawiłem się chwilę po godzinie 7. O 8 byłem umówiony z Ewą, która była tak miła i dzień wcześniej odebrała mi pakiet startowy, za co jej z tego miejsca jeszcze raz bardzo dziękuję. Trochę się najadłem stresu, bo długo się nie zjawiała, a ja ani nie mogłem oddać rzeczy do depozytu, ani iść się rozgrzewać bo właśnie rzeczy mnie ograniczały. W końcu 15 minut przed startem ruszam na, z konieczności, krótką rozgrzewkę, a następnie do strefy startu.

Przez cały bieg skrupulatnie trzymałem się pacemakerów

Bieg zacząłem tuż za pacemakerami na 1:35. Ponieważ start odbywał się na wąskiej, jak na 10 tysięcy startujących, ulicy zaczęliśmy bardzo niemrawo i pierwszy kilometr można było spisać na straty. Panował niesamowity tłok, przez co pokonaliśmy go w 4:46 min, czyli dobre 16 sekund za wolno. Potem tempo się ustabilizowało, ale wcale nie było luźniej. Wielokrotnie z rytmu wybijały mnie wymijanki wolniejszych biegaczy, którzy nie potrafią ocenić swoich możliwości i ładują się na sam przód, sądząc chyba zyskają przez to na czasie. Parę razy ktoś na kogoś wpadł, kilka razy ktoś kogoś niechcący uderzył. Podsumowując nigdy na trasie tak dużej imprezy nie widziałem tylu stykowych sytuacji i nie słyszałem tyle bluzgów, co tego dnia w Poznaniu.

Przez pierwszą część dystansu panował duży ścisk

Mimo wszystko do 10 kilometra biegło się przyjemnie. Wiedziałem, że za tysiąc metrów zjem sobie pierwszy żel i dostanę nowej siły. I wtedy nadeszło coś, czego nie zaplanowałem. Tzn. planowałem, ale nie sądziłem, że to już teraz. Trzeba było pokonać dość krótki, ale jednak stromy podbieg, który strasznie dał mi się we znaki. Zanim wróciliśmy na płaskie, zanim wchłonęły się węglowodany z żelu, straciłem mnóstwo sił i przede wszystkim ochoty do dalszego biegu. – Dlaczego tego nie przewidziałem i nie zjadłem na 9. kilometrze?! Przecież kilkukrotnie analizowałem tę trasę! – krzyczałem do siebie w myślach. W całym tym zamieszaniu i emocjach flaga z napisem 1:35 uciekła mi na 30 metrów. Wiedziałem, że jak ich zgubię to skończy się kompromitującym wynikiem albo w najgorszym wypadku zejściem z trasy. Szybko więc odrobiłem stratę i postanowiłem, że choćby nie wiadomo co się działo muszę się trzymać tuż za plecami pacemakera.

Chwilę po pokonaniu morderczego podbiegu

Cierpiałem przeokropnie. Niby tylko dziesięć sekund szybciej na kilometrze, niż tydzień temu w Gdyni, a czułem jakbym finiszował w biegu na 5 kilometrów. Na pewno w osiągnięciu celu nie pomagała pogoda, bo choć w cieniu było dość chłodno, to w słońcu można było się nieźle zgrzać. Na pewno jakieś znaczenie miała też wczesna pobudka i podróż pociągiem. Niby zrobiłem wszystko tak, że lepiej się nie dało (przynajmniej ja tak uważam), a jednak kryzys mnie dopadł. Nie było jednak wyjścia. Nie po to przejechałem 175 kilometrów, żeby teraz się poddać. Biegnę więc dalej. Kolejne minuty strasznie się ciągnęły. Co chwilę sprawdzałem ile do końca. Otuchy dodawał mi fakt, że pomimo, że się źle czuję, to jednak cały czas utrzymuję tempo na życiówkę i co ważniejsze złamanie 1:35. Pięć kilometrów przed końcem sięgam po swoją ostatnią deskę ratunku, czyli drugi żel. Siły wracają na jakieś 20 minut, potem znów kryzys.

Chwilę przed wbiegnięciem do hali

Ostatnie dwa kilometry, jestem w totalnym amoku. Nie sięgam już nawet po wodę na punkcie żywieniowym, odrzucam już większość sygnałów z zewnątrz. Z boku ulicy słychać tylko co chwilę „dajesz, dajesz!”. Biję się z własnymi myślami, ale wiem ze zostało już naprawdę niewiele. – Dasz radę! Chcesz się poddać 2 kilometry przed metą?! – próbowałem się pobudzić. Ostatkiem sił końcowe 1000 metrów pokonuję w tempie 4:20 i w końcu meta! Czas 1:34:39, jest super! Z tego wszystkiego nawet nie zwróciłem uwagi na całą otoczkę, którą organizatorzy przygotowali dla finiszujących biegaczy. Kto wie może nawet kończyłem bieg przy występie na żywo Jacka MEZO Mejera. Tego już się nie dowiem, za dużo emocji…

Oprawa na mecie zrobiła na mnie ogromne wrażenie

Półmaraton w Poznaniu nauczył mnie trochę pokory. Teraz już wiem, że nie od razu można zostać Kenijczykiem. Łamanie kolejnych barier, bicie życiówek – to wszystko jest fajne, ale trzeba znać umiar. Całe szczęście, że nie porwałem się na czas 1:30, bo swój bieg skończyłbym gdzieś w połowie dystansu. Teraz mam prawie 2 miesiące czasu do kolejnego startu. Czas, który trzeba wykorzystać na analizę błędów i przede wszystkim na cięższe treningi. Nie będę deklarował, że w maju w Białymstoku złamię 1:30, ale z tym marzeniem, z uporem będę podchodził do kolejnych jednostek treningowych.

Sama impreza bardzo fajna. Jak na taką gromadę ludzi to naprawdę wszystko dokładnie przemyślane. Nie potrafię sobie wyobrazić jak wcześniej tę imprezę organizowano na ciasnej Malcie. Fajny pakiet startowy, porządek, ciekawa trasa, dobre oznakowanie, piękna otoczka na mecie (wiem z opowieści i ze zdjęć) – można by wymieniać i wymieniać. Żeby tylko nie było za słodko – czy przypadkiem nie zapomniano o wodzie za linią mety? Czy tylko mi to gdzieś umknęło? I jeszcze jedno – nie wiem czym to jest spowodowane, ale zauważyliście, że Poznań chce być we wszystkim najlepszy, najszybszy, największy? Powiem Wam, że tak ciężkiego medalu i tak wielkiego numeru startowego to jeszcze nie miałem.

Wyniki OPEN

Ogromny numer startowy i bardzo ciężki medal - nagroda za ukończenie 10. PKO Poznań Półmaraton

4 thoughts on “Dziesięć sekund robi różnicę – relacja z 10. Poznań Półmaraton”

  1. Woda była po lewej, pomarańcze po prawej za medalami i folią. 🙂
    Medal chyba najcięższy z dotychczasowych, a numer startowy to normalnie gigant. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *