Głupota czy niepoprawny optymizm? – relacja z 5. PKO Białystok Półmaraton

W minioną niedzielę w Białymstoku zaliczyłem trzeci przystanek do Korony Półmaratonów Polskich. Najdalszy, najtrudniejszy, najcieplejszy, ale i najszybszy z tegorocznych moich startów. Chciałoby się powiedzieć – nic tylko się cieszyć. No nie do końca. Bieg ten na własne życzenie był dla mnie drogą przez mękę, na której zostawiłem sporo zdrowia. Czy było warto? O tym przeczytacie w dalszej części.

Grupa na 1:30 liczyła kilkanaście osób.

Chociaż jestem w trakcie zdobywania kolejnych etapów do Korony Półmaratonów Polskich, to jednak celem numer jeden na ten moment jest złamanie 1:30 w półmaratonie we Wrocławiu. W jego realizacji ma mi pomóc plan treningowy, który sumiennie realizuję od ponad czterech tygodni. Dokładnie w jego połowie przyszło mi walczyć na trasie 5. PKO Białystok Półmaratonu. Zbyt daleka była to dla mnie wyprawa, żeby potraktować go czysto treningowo. Wiedziałem, że jestem w formie. Wiedziałem, że 1:35 to już byłoby dla mnie za wolno. Z drugiej strony 1:30 budziło we mnie obawy, że to jeszcze nie ten moment. Ponieważ póki co nie wyobrażam sobie biec bez pacemakera, nic pomiędzy nie wchodziło w grę.

Do 14 kilometra wszystko szło zgodnie z planem.

Ostatecznie na jaki czas pobiegnę miała rozstrzygnąć pogoda i profil trasy. Pierwotnie na niedzielę zapowiadano 18 stopni i duże zachmurzenie, więc tym nie zaprzątałem sobie głowy. W Białymstoku nigdy wcześniej nie byłem, dlatego do oceny poziomu trudności zawodów musiał mi wystarczyć prosty wykres i opinie innych biegaczy. W przeddzień startu zostałem zapewniony przez facebookowiczów, że nie mam czego się obawiać, bo jest płasko jak na stole bilardowym. Gdy w sobotę koło godz. 14 dotarłem na miejsce, ujrzałem jednak zupełnie inny obraz, niż sobie wyobrażałem. Płaskich odcinków było jak na lekarstwo. W którą uliczkę by się nie weszło, wszędzie góra-dół. – Spokojnie. Zobaczysz, że będzie płasko – usłyszałem. Zaufałem. Pomyślałem, że byłem tylko w centrum, a trasa biegu przebiega jednak obrzeżami miasta. – Pewnie tam jest łagodniej – mówiłem do siebie.

Chwilę później pacemaker odjeżdża mi na kilkaset metrów.

W niedzielę od samego rana bezchmurne niebo i bardzo ciepło. Już wtedy było wiadomo, że pogoda tego dnia nie będzie sprzymierzeńcem dla biegaczy. Po cichu liczyłem, ze może jednak chmury się pojawią i choć na chwilę dadzą odpocząć od ostro święcącego słońca. Pod Pałacem Branickich, skąd mieliśmy wyruszyć, zjawiłem się pół godziny przed startem. Rozgrzewkę starałem się wykonać w cieniu, by niepotrzebnie nie męczyć organizmu. Trochę truchtu, rozciągania, skipów, przebieżek i można było kierować się do strefy startowej. Szedłem tam z zamiarem ustawienia się przy pacemakerze prowadzącym na 1:35. – Widzisz jaka jest pogoda, jaka ciężka trasa – myślałem. Ale po drodze coś mnie tknęło: – A co Ci szkodzi, zaryzykuj. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. W ciągu minuty plany zmieniłem chyba z dziesięć razy. I tak ostatecznie wylądowałem za balonikiem na 1:30…

Pacemaker z wózkiem przekazywał nam wiele cennych wskazówek na trasie.

Startowi towarzyszyło niecodziennie wydarzenie – wystrzał z armaty. Organizatorzy wprowadzili jednak przez to trochę zamieszania i dezorientacji elity, bowiem część z nich ruszyło na trasę, sądząc, żeby był to oficjalny początek biegu. Parę kroków w tył, strzał startera i teraz już naprawdę ruszamy. Początek bardzo spokojny. W porównaniu do moich poprzednich półmaratonów, tu było naprawdę sporo miejsca. Przez to nie trzeba było rwać tempa, przepychać się, wyprzedzać wolniejszych. Na drugim kilometrze do naszej około 30-osobowej grupy dołącza drugi pacemaker, biegnący z małym dzieckiem w wózku. Albo jest miejscowym, albo biegł tu nie po raz pierwszy, bo był doskonale obeznany w trasie i jego wskazówki często ułatwiały nam pokonywanie kolejnych metrów.

Ostatnia prosta i do mety.

Dziewięć kilometrów zleciało mi nawet nie wiem kiedy. Biegło mi się lekko, ale powoli już miałem dość tych podbiegów. Na każdym z nich starałem się umiejętnie skracać krok, by zbytnio nie zakwasić mięśni. Na 10 kilometrze słyszę: – Trzymajcie się, przed nami ciężki podbieg! Załamany pytam jak długi. – No trochę jest (śmiech). Chyba wolałem nie wiedzieć… Pod górę wbiegaliśmy chyba przez dwa kolejne kilometry, potem kawałek po płaskim i ostro w dół. I wtedy nadszedł nieszczęsny 14 kilometr…

Zmęczenie dawało się bardzo mocno we znaki.

To co wbiegliśmy, tą samą ulicą zbiegaliśmy. Nie mam pojęcia czy na podbiegu straciliśmy coś na tempie. Przyznaję, że nie spoglądałem wtedy na zegarek. Czyżby odrabianie strat? Ale na zbiegu zacząłem konsekwentnie tracić do pacemakerów. Z każdym metrem co raz bardziej mi się oddalali. Myślę „co jest, przecież nie zwolniłem?!”. Szybki rzut oka na tempo – 3:50! No to skoro ja tyle biegnę, a zaczynam odstawać, to ile oni muszą biec? Próbowałem się zerwać i do nich dołączyć, ale nie było z czego. Nogi miałem już jak z betonu, podbiegi mnie zajechały. Głowa też cierpiała – właśnie odjeżdżała mi szansa złamania 1:30 w półmaratonie i nie za bardzo miałem jak zareagować. Postanowiłem jak najszybciej zapomnieć o niepowodzeniu i rozpocząć swój bieg od nowa. Samotnie, w tempie 4:20-4:25.

Finisz 5. PKO Białystok Półmaratonu

Udawało mi się to przez kolejne 3 kilometry. Nie jest to łatwe, kiedy w promieniu 200 metrów nie ma żadnego innego biegacza. W dodatku znów wybiegłem na pełne słońce, które zdawało się grzać się co raz mocniej. Kolejny kryzys dopadł mnie 4 kilometry przed metą, kiedy to wyraźnie zwolniłem do nawet 4:40 min/km. W pewnym momencie dogania mnie dwóch wiekowych, widać doświadczonych biegaczy. Postanowiłem się pod nich podczepić, bo wyglądali dość dobrze i biegli równym tempem. Po 1000 metrach z naszej grupki nic nie zostało. Jeden wyrwał do przodu, drugi zupełnie stanął i tak znów zostałem sam… Chwilę później mijam Anię Syszkę, która może się pochwalić rekordem życiowym 1:15:36 w półmaratonie. Bez wątpienia nie tak miał wyglądać dla niej ten bieg, zapewne miała się znaleźć w ścisłej czołówce. To pokazało jednak, że nawet lepszym ode mnie pogoda dała się we znaki.

Jestem szybszy od samego supermana!

To, oraz fakt, że ciągle biegnę na życiówkę, dodało mi siły na ostatnie metry. Nie było łatwo, bo na ostatnim podbiegu zacząłem truchtać po 5:20 min/km. W końcu wbiegamy do Rynku, ostatnia prosta po kostce brukowej. Próbuję depnąć, ale jestem już wyczerpany. Zamykam oczy, słyszę tylko jeden wielki wrzask wokół siebie. W końcu wpadam na metę, unosząc ręce w geście triumfu. Jakby nie było to jest to jakiś mały mój sukces. Zanim to do mnie dotrze mija jeszcze chwila. Za linią mety stoję podparty rękoma o kolana, próbuję złapać oddech. Patrzę na zegarek, 1:32:33! Życiówka poprawiona o ponad 2 minuty. Na takiej trasie, w taką pogodę – dobra robota. Na łamanie 1:30 jeszcze przyjdzie czas!

Jest życiówka! 1:32:33 to mój nowy rekord!

Sam nie wiem co mam o tym biegu myśleć. Niby jest życiówka, ale okupiona strasznym cierpieniem. Ewidentnie nie potrafiłem tego dnia realnie ocenić swoich możliwości. Głupota czy niepoprawny optymizm? Pewnie i jedno, i drugie. Ambicja nie pozwalała mi pobiec minimalistycznie, na zaliczenie. Czasem jednak trzeba wiedzieć kiedy odpuścić i z perspektywy czasu uważam, że rozpoczęcie za pacemakerem na 1:30 było niemądre w mojej strony.

Mimo, że nie udało się złamać 1:30, byłem zadowolony z wyniku.

Przy okazji pragnę pozdrowić dwie osoby z Facebooka, które zarzekały się, że trasa jest płaska. Padł nawet argument, że w Wałbrzychu nie biegłem. No nie biegłem, ale co to ma do rzeczy? Jeśli pytam o profil to oczekuję obiektywnej opinii. Równie dobrze najtrudniejsze biegi można porównywać na zasadzie „na Mount Everest jest ciężej”. Powiem wprost – dla mnie ta trasa była jedną z trudniejszych, jak nie najtrudniejszych jaką w życiu pokonałem. Chcecie zobaczyć płaski półmaraton? Przyjedźcie w czerwcu do Wrocławia. W marcu w Poznaniu też nie narzekałem. Ba, nawet w Gdynii gdzie był przecież stromy podbieg pod ulicę Świętojańską, było łatwiej.

Nad samą imprezą nie będę się rozwodził. Sporo osób pieje z zachwytu nad organizacją. Owszem, ten bieg ma swój fajny klimat. Fajnie, że jest dość kameralny, w porównaniu do Warszawy, Poznania, czy Wrocławia. Natomiast ja chcę do tego miodu wlać łyżkę dziegciu. Zabrakło mi jakiś atrakcji na trasie. Nie słyszałem żadnej muzyki, nie widziałem żadnych happeningów. Uważam też, że punkty z wodą były zbyt skromne. Dla tych najlepszych wystarczyło, ale podejrzewam, że w tych najliczniejszych grupach, np. na 1:40 mogło braknąć. Dajcie znać jak to wyglądało z Waszej perspektywy.

Teraz szybka regeneracja i w sobotę lecimy na 49. piętro Sky Tower!

9 thoughts on “Głupota czy niepoprawny optymizm? – relacja z 5. PKO Białystok Półmaraton”

  1. HEj! 😉
    Na niezłych żartownisiów trafiłeś na tym FB. Trasa płaska jak stół? 🙂 Dobre sobie.
    Gratulacje biegu, warunki bardzo ciężkie, także 1:30 w normalnych okolicznościach może pęc!
    Pozdr!

  2. Dziękuję za relację. Dzięki niej trochę inaczej spoglądam na własne doświadczenie. Miałem podobne problemy, choć przy sporo wolniejszym czasie. Ale jestem dużo starszy.

  3. relacja trochę mrożąca krew w żyłach! czytałam to z wypiekami niczym jakiś kryminał Kinga;) gratulacje happy endu w postaci kolejnego rekordu:)))!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *