Huśtawka nastrojów – podsumowanie miesiąca – kwiecień 2017

W ostatnich trzydziestu dniach nie brałem udziału w żadnych (nie licząc Parkrunu w Prima Aprilis) biegowych zawodach. Co nie znaczy, że nic się u mnie nie działo – wręcz przeciwnie. Kwiecień obfitował w sporą huśtawkę nastrojów, spowodowanej głównie przebytym przeziębieniem. W końcu ruszyłem też z planem treningowym podporządkowanym czerwcowemu półmaratonowi we Wrocławiu, o którym napiszę Wam kilka słów. Czas na podsumowanie miesiąca.

W tym roku, choć już kilka poważnych startów za mną, do tej pory biegałem bez konkretnego planu. Starałem się jedynie zachować ciągłość, tak by co drugi dzień wyjść pobiegać. Poza kilkoma wyjątkami były to biegi do 10 kilometrów w strefie komfortu. Żeby pobudzić organizm do szybszego przebierania nogami dorzucałem do tego sobotnie występy w Parkrunie. To przyniosło niespodziewany efekt w postaci życiówek na 5 i 10 km oraz półmaratonie. Żarty się jednak skończyły. Wchodzimy na co raz to wyższy poziom, więc podejście do treningów musi też ulec zmianie. Moim celem numer jeden na ten moment jest bowiem złamanie 1:30 w półmaratonie we Wrocławiu, który odbędzie się już za półtora miesiąca.

W pierwszy weekend kwietnia usiadłem i przejrzałem w Internecie dziesiątki planów treningowych pod moje założenia czasowe. W końcu znalazłem ten, który mi najbardziej odpowiada. Zakłada on przygotowanie mnie w 11 tygodni, czyli dokładnie tyle ile w chwili jego rozpoczęcia pozostało do startu w nocnym półmaratonie. Musiałem delikatnie go zmodyfikować ze względu na to, że w między czasie czeka mnie jeszcze wyprawa i bieganie po Białymstoku oraz schodami na szczyt Sky Towera we Wrocławiu.

Zaczęło się zgodnie z planem – pierwszego dnia we wtorek weszło delikatne 70-minutowe wybieganie oznaczone symbolem OWB1. Delikatne dla autora planu, nie dla mnie. OWB1 według podręczników to nic innego jak najmniej intensywny bieg, w tempie konwersacyjnym, na 70% tętna maksymalnego (około 130 uderzeń na minutę). Z kolei plan zakłada, że OWB1 to bieg w tempie około 5:00 km/min. Wiecie jakie ja mam (w zasadzie miałem) tętno przy takim biegu? Dokładnie 152. Ale nie będę przecież biegał po 6:00 km/min, bo zakładanego celu w ten sposób nie osiągnę. To ja powinienem dostosować się do planu, a nie plan do mnie. Mam braki, więc muszę je jak najszybciej nadrobić. Na szczęście już w ostatnim tygodniu kwietnia, w podobnym treningu, tętno oscylowało koło 140 HR.

W kolejnych dniach wreszcie mogłem skorzystać z atutów nowo wybudowanej bieżni we Wrocławiu. W czwartek po 40-minutowej rozgrzewce wpadłem tam zrobić dziesięć 20-sekundowych rytmów z przerwami po 40 sekund. W sobotę zrobiłem kilka podbiegów pod górkę z Cmentarzem Żołnierzy Polskich, na których poczułem się bardzo mocny. Najlepsze wchodziły bowiem w tempie poniżej 3:00 km/min. Tydzień zakończyłem biegiem z narastającą prędkością, dobijając do 4:20 km/min. Zrobiłem ten trening na bieżni, ale już wiem, że był to ostatni raz. Bieganie w kółko przez 40 minut to jednak nie dla mnie. Każdy trening kończę naturalnie 10-15-minutowym schłodzeniem w truchcie.

Cała bieżnia tylko dla mnie. Mój obecny plan treningowy zawiera dużo treningów idealnych pod bieżnię.

Potem przypałętało się przeziębienie. I choć 12 kwietnia zrobiłem jeszcze 70-minutowe wybieganie, to był to mój ostatni trening w tym tygodniu (z oszałamiającym wynikiem 14 kilometrów). Niestety moja niedyspozycja przedłużyła się do połowy trzeciego tygodnia, a ja zamiast wziąć wolne i to wyleżeć, próbowałem się leczyć domowymi sposobami i codziennie rano wstawałem z nadzieją, że dziś już dam radę pyknąć kilka kilometrów.

Dopiero 20 kwietnia znów powtórzyłem 70 minut OWB1, a potem szybko chciałem nadrobić zaległości. W piątek namówiłem Sylwię poznaną przez Instagram, by dołączyła do mnie do zabawy biegowej – 8 x minuta w tempie 3:30 z przerwami po 2 minuty. Na początku szło nieźle, na 7 i 8 odcinku łapały mnie już jednak skurcze. W niedzielę po 25-minutowej rozgrzewce miałem polecieć 40 minut w tempie 4:25. Niestety dałem radę tylko 32 minuty i to lecąc w trupa.

Czułem, że coś jest nie tak, że organizm nie działa optymalnie. Tłumaczyłem sobie, że to osłabienie po chorobie. Ale denerwowało mnie, że ten stan się już przeciąga na kolejny tydzień. I tak straciłem za dużo. Jakby tego było mało na początku 4 tygodnia ze względu na problemy żołądkowe odpadła mi zabawa biegowa 8 x 1’/2′ (zdołałem tylko zrobić pierwszą część treningu – 40-minutowe OWB1) oraz środowe podbiegi przez potężną ulewę, która cały dzień przechodziła nad Wrocławiem.

Przeziębienie rozwaliło mi pierwszą część planu treningowego. Jak widzicie treningi rozłożone są bez ładu i składu.

Słońce dosłownie i w przenośni uśmiechnęło się do mnie w czwartek 27 kwietnia. Tego dnia zaplanowany miałem bieg z narastającą prędkością. Pamiętając ogłupiające 40-minutowe bieganie jak chomik w kółko po bieżni, tym razem postanowiłem pobiec po wałach wzdłuż Odry. W treningu znów towarzyszyła mi Sylwia, dla której utrzymać moje tempo nie jest żadnym problemem. Zaczęliśmy spokojnie od 5:00. Po 20 minutach zaczęliśmy przyspieszać – najpierw na 15 minut do 4:30, potem 15 minut do 4:25. Ostatni kwadrans mieliśmy pobiec w tempie 4:20, ale tak nas nogi niosły, że wyszło po 4:12. Co najważniejsze, nie czułem że biegnę ostatkiem sił, nie byłem jakoś bardzo zmęczony. Wiedziałem, że zrobiłem dobry trening i pomimo dość długiej przerwy spowodowanej przeziębieniem, forma idzie w górę. Wrócił wreszcie dobry humor i wiara w to, że czerwcowy cel uda się osiągnąć. Mój biegowy kwiecień zakończyłem w sobotę 80-minutowym spokojnym wybieganiem.

Jak już wcześniej wspomniałem, z kwietnia wypadł mi cały tydzień biegania. W sumie w całym miesiącu zegarek naliczył 157 kilometrów, które na nikim wielkiego wrażenia nie zrobi. Sam jestem zły, bo mogło być zdecydowanie lepiej. Dziś jednak przeglądając statystyki na Endomondo natknąłem się na ciekawy wykres, z którego wynika, że to i tak najlepszy mój biegowy miesiąc od stycznia 2016 roku. Mniejszy kilometraż (138 km) miałem nawet w miesiącu poprzedzającym ubiegłoroczny Wrocław Maraton! Trzeba jednak równać w górę, a nie w dół – w maju liczę na to, że pęknie co najmniej 200.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ja narzekam na słaby kilometraż, a jak widać na przełomie kilku ostatnich miesięcy nie wygląda to tak źle.

A propos maja – wspominałem coś wcześniej o zawodach, ale bez szczegółów. Podam je teraz. Już za dwa tygodnie, 14 maja wystartuję w 5. PKO Białystok Półmaratonie. Z założeniami na ten bieg ciągle się waham. Na 1:30 czuję się jeszcze za słaby, 1:35 będzie niedosytem. Zobaczymy, dużo też będzie zależeć od pogody. Tydzień później – jedni powiedzą wyzwanie, drudzy mój wymysł – postaram się wbiec na największy budynek we Wrocławiu w ramach Sky Tower Run. Po tej imprezie zupełnie nie wiem czego się spodziewać, nawet trochę się obawiam. Z drugiej strony to jednak tylko 10 minut i po krzyku. Innych startów nie planuję, priorytetem w tej fazie sezonu jest dla mnie czerwcowa połówka w stolicy Dolnego Śląska. Życzcie mi zdrowia, a wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Przy okazji serdecznie Was zapraszam na mój profil Endomondo – tam na bieżąco możecie śledzić jak wyglądają moje przygotowania do 5. PKO Nocnego Wrocław Półmaratonu.

2 thoughts on “Huśtawka nastrojów – podsumowanie miesiąca – kwiecień 2017”

  1. Sama właśnie męczę się z przeziębieniem, a jednocześnie walczę z sobą, żeby jeszcze wytrzymać dzień/dwa bez biegania i wrócić w pełni sił. Trzymam kciuki za wymarzoną życiówkę i nie zdziwię się gdy zrobisz ją już w Białymstoku pozdrawiam!

    1. Bardzo dziękuję, mam nadzieję że wrócę w dobrym nastroju 😉 Szybkiego powrotu do zdrowia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *