Jak to się zaczęło, czyli moje biegowe początki

Jednym z najczęściej zadawanych biegaczowi pytań (poza oczywiście „po co Ci to?”) jest jak zacząłeś biegać. Nie ma na to prostej odpowiedzi. W dużej większości przypadków wiąże się z tym jakaś historia. Ta mniej lub bardziej ciekawa. Chciałbym podzielić się z Wami moją – potem sami zdecydujecie czy będzie ją opowiadać swoim dzieciom, wnukom, prawnukom. 

Kto mnie widział choć raz, ten wie że warunki na biegacza mam. Wysoki, szczupły, z długimi nogami. Ale jak każdy smarkacz zawsze chciałem być piłkarzem. Próbuję sobie przypomnieć kto był wtenczas wzorem numer jeden na podwórku… Już wiem – Brazylijczyk Ronaldo! Chcieliśmy być jak on. Koszulki z jego z nazwiskiem, którą dostałem w prezencie, nie chciałem zdejmować nawet do kąpieli! Kilka lat później, gdy kreska rysowana przez mamę na futrynie (pamiętacie?) wylądowała na ponad 180 centymetrze przyszła faza na koszykówkę. Na jednym z naborów do sekcji sportowej szybko uświadomiono mnie jednak, że mam słabą koordynację rąk i że drugiego Zielińskiego ze mnie nie będzie.

W końcu przyszedł czas gimnazjum. Pod koniec pierwszej klasy dla zabawy wystąpiłem w wewnątrzszkolnych zawodach sportowych, dokładnie w skoku w dal. Zająłem pierwsze miejsce, zwracając na siebie uwagę trenera sekcji lekkoatletycznej, która działała przy szkole. Tak zaczęła się moja przygoda z poważniejszym sportem. Pierwszy trening na bieżni tartanowej, pierwsze przerzucanie ciężarów na siłowni, pierwsze zawody na Stadionie Olimpijskim. Od tego czasu upłynęło wiele wiosen, ale zawsze wracam do tego z wielkim sentymentem. Dodam, że próbowano zrobić ze mnie pięcioboistę – plan się nie powiódł. Stanęło na skoku w dal i 100 metrach, w których i tak furory nie zrobiłem.

Człowiek był młody i głupi. Muszę oddać, że nigdy do tych treningów specjalnie się nie przykładałem, czasami zdarzało mi się w ogóle nam nim nie pojawić. Żałuję, ale czasu nie cofnę. Złość jest tym większa, że Rafał Omelko, czy Aśka Linkiewicz, z którymi biegało się po jednej bieżni, dziś sięgają po medale Mistrzostw Europy. Zostało mi tylko gorąco im dopingować i życzyć wielu sukcesów.

Moją przygodę z lekkoatletyką zakończyła poważna kontuzja kolana, której doznałem w liceum. Mocno naderwane wiązadła krzyżowe przednie, łąkotka przyśrodkowa do szycia – w efekcie potrzebne były aż dwie artroskopie. Lekarz kategorycznie zabronił mi uprawianie sportu wyczynowego, a ja poczułem się jak małe dziecko, któremu zabrano wszystkie zabawki i kazano czytać książkę. Miałem przecież dopiero 19 lat…

W tamtym okresie zajawkę na bieganie złapał mój tato. Sukcesywnie zwiększając tygodniowy kilometraż w końcu doszedł do takiego momentu, że chciał się sprawdzić w zawodach. I tu uwaga – od razu w maratonie. Byłem z niego niesamowicie dumny. W swoim debiucie ukończył królewski dystans we Wrocławiu w czasie około czterech godzin. Potem był półmaraton jeden, drugi, znowu maraton. Towarzyszyłem mu we wszystkich biegach, ściskając za niego kciuki. Choć w ten sposób mogłem zaspokoić swoje sportowe ambicje. Nie mogę nie wspomnieć o wspaniałej otoczce towarzyszącej imprezom na Stadionie Olimpijskim. Czuło się tą podniosłą atmosferę, z ludzi bił wielki optymizm, nikomu uśmiech nie schodził z twarzy. Na starcie młodzi, starzy, Panie, Panowie, chudzi, grubi – rozrzut ogromny. Pomyślałem „skoro oni mogą, to dlaczego ja nie?”.

Ciężko było się przełamać, ale zafascynowany powyższym zacząłem truchtać. To był gdzieś 2013 rok. Nie myślałem wtedy o tym czy dam radę wydolnościowo, tylko czy kolano wytrzyma. Blokada psychiczna była trudna do przezwyciężenia. Nawet ze stabilizatorem. Biegałem po trzy kilometry, trasą popularnie zwaną „do zoo i z powrotem”. Moimi pierwszymi butami do biegania były zjechane przez tatę, delikatnie za małe, z najniższej półki Kalenji. Termoaktywną koszulkę zdaje się też buchnąłem tacie. Ale to nie było ważne. Najważniejsze, że znów poczułem, że mogę biegać. Nie czułem bólu, ani żadnego dyskomfortu. Biegałem co raz odważniej i szybciej. Satysfakcja po powrocie do domu, że zrobiło się coś fajnego dla swojego ciała – bezcenna.

Po kilkunastu tygodniach nadszedł czas pierwszych zawodów. Nie chciałem odkładać tego na nie wiadomo kiedy. Biegnę za tydzień i koniec. Szybki rzut oka na kalendarz – jest! Smolecka (za)dyszka. Niedaleko, 10 km, tanie wpisowe – idealnie. Celem było ukończyć bieg poniżej 50 minut. Nie miałem wtedy jeszcze zegarka z GPS-em, po prostu zwykły stoper. W realizacji założeń miała mi pomóc wydrukowana opaska na rękę zaklejona taśmą klejącą – czasowa symulacja biegu kilometr po kilometrze. I powiem Wam, że się udało. Urwałem nawet 40 sekund, co dla mnie było wtenczas wielkim powodem do dumy.

Biegowe początki. Moje pierwsze zawody na 10 km

Nigdy potem jednak nie czułem się tak źle w trakcie zawodów, jak tego dnia w Smolcu. Nawet w 36-stopniowym upale podczas wrocławskiego maratonu, ani w biegu na 10 km w tempie 4:02 min/km. Dzięki Bogu się wtedy nie zraziłem i dziś jestem tu gdzie jestem. Z perspektywy czasu uważam, że warto było przejść te wszystkie etapy. Nauczyłem się dzięki temu dbać o swoje zdrowie, przykładać większą wagę do zdrowej diety i, co najważniejsze, robić to co kocham całym sobą, na 100% możliwości.

4 thoughts on “Jak to się zaczęło, czyli moje biegowe początki”

  1. Nie żałuj tego czego nie było, tylko teraz daj z siebie wszystko, bo nadrobić braki w samosatysfakcji. 🙂 A co do Smoleckiej Zadyszki – też miło wspominam te zawody, a byłam x2. Warunki pogodowe faktycznie masakryczne, zawsze jakoś się upał wtedy trafiał. Raz nawet w upalnej duchocie zebrało się na wielką ulewę. Mimo wszystko bieganie po wsi jest super i widoczki nadrabiały całe zło. W tym roku też jestem zapisana. A Ty?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *