Jeszcze nie tym razem – relacja z 35. PKO Wrocław Maraton

Trzydziestą piątą edycję Wrocław Maratonu kończę z wynikiem 3:24:19. To mój drugi bieg na królewskim dystansie i czas poprawiony aż o 45 minut. Z jednej strony piękna życiówka i ogromny progres w zaledwie dwanaście miesięcy. Z drugiej jednak przygotowywałem się z myślą o lepszym rezultacie. Dlatego mam mieszane uczucia i balansuje gdzieś między zadowoleniem, a lekkim niedosytem. Czy słusznie?

Do maratonu we Wrocławiu przygotowywałem się 11 tygodni. Ktoś powie wystarczająco długo, ktoś za krótko. Biorąc pod uwagę, że tuż przed rozpoczęciem tego planu treningowego, skończyłem równie długi pod czerwcowy półmaraton, miałem prawo marzyć o pokonaniu maratonu w 3:15. Skłamałbym mówiąc, że plan zrealizowałem na 100% – zdarzyło się kilka dni, w których organizm odmawiał posłuszeństwa i kończyłem trening w połowie lub po prostu z mniejszą intensywnością. Ale ani razu nie zdarzyło się, żebym nie wyszedł, bo mi się nie chce. Można więc powiedzieć, że zrobiłem co mogłem.

Do biegu przystąpiłem w pełni wypoczęty i naładowany energią. Tak zwane ładowanie węglowodanami znów przyniosło u mnie spodziewane efekty. Na godzinę przed startem wypiłem jeszcze prawie pół litra wody z wysoką dawką glukozy i w swojej strefie pojawiłem się nakręcony jak nigdy – żyły wręcz wychodziły mi spod skóry. Dobrze na samopoczucie wpłynęła również wyśniona pogoda pod bieganie długich dystansów – chłodno, pochmurno i bez wiatru. Ustawiłem się tuż za pacemakerem na 3:15 i z dużym spokojem wyruszyłem na trasę.

Moja grupa liczyła kilkadziesiąt osób, biegła w zwartym szyku. Było przez to trochę ciasno i duszno, ale przynajmniej nie byliśmy narażeni na ewentualne podmuchy wiatru. Coś za coś. Biegło mi się swobodnie i z niecierpliwością oczekiwałem kolejnych kilometrów. Wiedziałem, że zabawa zacznie się dopiero na 30-35 kilometrze.

Na trasie liczne grupy kibiców. Przeważały osoby starsze, które czasami zabawnymi okrzykami próbowały zmotywować nas do walki. Sam przebieg maratonu nieznacznie różnił się od tego zeszłorocznego, ale miasto nie robiło już takiego wrażenia. Przez pogodę na ulicach zapanowała szarzyzna – ktoś kto pojawił się we Wrocławiu po raz pierwszy raczej się w tym mieście nie zakochał. Bardzo chwalę sobie częstotliwość występowania punktów z wodą do picia, kubeczków też było wystarczająco dużo. Tylko pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że owych kubeczków nie podają wolontariusze. Wprowadziło to dużo zamieszania i przepychanek. Sam niemal wpadłem na Pana, który spokojnie mógłby być moim dziadkiem.

Do 28-29 kilometra wszystko szło zgodnie z planem. Trzymałem się swojej grupy, noga fajnie kręciła, oddech pozwalał na jako taką rozmowę (naturalnie tego nie robiłem, ale bez pulsometru próbuję Wam zobrazować sytuację). Niestety gdzieś w okolicach ulicy Pilczyckiej złapała mnie bardzo bolesna kolka po prawej stronie, zaraz pod żebrami. To ta sama przypadłość, co na ostatnim kilometrze w czerwcowym półmaratonie. Szlag by to trafił! W myślach zacząłem przeklinać o wiele dosadniej. Niestety każdy skręt tułowia powodował straszny ból i tempo drastycznie mi spadło. Łudziłem się, że mi zaraz przejdzie i dołączę do grupy, która już mi uciekła na 20-30 metrów. Minął jednak pierwszy, drugi kilometr, baloniki uciekły mi już na dobre. Pogodziłem się z tym, że o 3:15 mogę zapomnieć, od teraz walczę sam. Łatwo nie było – na kolejnych 7 kilometrach przystanąłem na chwilę dokładnie pięć razy.

Kolka puściła gdzieś na 39 kilometrze. I pomimo tych zatrzymań i już mniejszej prędkości, symulator na zegarku pokazywał mi wtedy bardzo przyzwoity czas ukończenia 3:21 z groszami. To mi pomogło zmobilizować się jeszcze do dalszego biegu, już bez przystanków, nawet na picie. Ostatnim trudnym momentem na trasie był podbieg na Mosty Jagiellońskie. Tam na szczęście swoją strefę kibica miała niezawodna grupa Pro-Run, która swoim dopingiem pobudziłaby nawet nieboszczyka. Potem już wyłączyłem głowę i biegłem niczym Forest Gump – nie myśląc gdzie i po co, byle przed siebie. Prosta przed stadionem, ulicą Różyckiego dłużyła się niesamowicie. Po drodze spotkałem jeszcze Panią Jadzie, królową Wrocławia i przyjaciółkę wszystkich studentów, która w swoim stylu wywołała uśmiech na mojej twarzy. Potem już tylko przez bramę i na stadion.

Metę przekroczyłem bez euforii, bez tego uczucia spełnienia, które miałem w czerwcu na półmaratonie. Czuję niedosyt, bo gdyby nie kolka, byłoby co najmniej 3:20 złamane. Żal zwłaszcza pogody, bo pewnie drugi taki maraton we Wrocławiu prędko się nie powtórzy. Niestety na pewne rzeczy nie mamy jednak wpływu.

Z drugiej strony, gdy emocje już opadły, gdy się przespałem z tym wynikiem, zmieniłem trochę nastawienie. Nie powinienem narzekać. Na 3:15 przyjdzie jeszcze czas, przynajmniej mam co poprawiać. A wynik 3:24:19 względem zeszłorocznego 4:10:23 pokazuje jak fantastyczną pracę wykonałem w ciągu ostatniego roku. Bardzo dziękuję wszystkim za doping, miłe słowa za metą i wsparcie – to dla mnie niezwykle ważne, naprawdę to doceniam.

Wyniki

8 thoughts on “Jeszcze nie tym razem – relacja z 35. PKO Wrocław Maraton”

  1. Remedium na kolkę w maratonie jest tylko jedno – Dobrze przepracowana Zima z siłownią I Core Stability. W przeciwnym razie do osiągnięcia sukcesu nie pomoże żadna pogoda, dieta ani układ gwiazd w horoskopie.

    Jak by nie było, gratuluję życiówki!

  2. Serdecznie gratuluje Postęp mega !! Mnie dopadły skurcze ale i tak poprawiłam ubiegłoroczny wynik Do zobaczenia za rok

  3. Gratuluję, przeszliśmy podobną drogę, podobnie jak Ty przebiegłem te same połówki w tym roku i ten sam maraton. Wyniki mamy bardzo zbliżone. A poprawa na maratonie względem zeszłego roku u mnie sięgnęła 1,5 godziny 🙂 Jak się chce to się da…. Praca, praca, praca… Sam biegam od 2 lat, mam za sobą dopiero 6 połówek (w tym korona z tego roku) i 2 pełne dystanse maratońskie z Wrocławia 🙂 Szacunek, podziw i chwała 🙂 Witaj w klubie amatorów w naszym mieście 🙂 Pozdr
    Kuba

    1. Bardzo dziękuję i również gratuluję świetnego wyniku 🙂 Fajne wiedzieć, że ktoś przebył tą samą drogę, co ja 🙂 Żałuję, że dopiero teraz wyszło to na jaw, można było toczyć korespondencyjną rywalizację i wzajemnie nakręcać się do jeszcze lepszych wyników 🙂 Życzę powodzenia w kolejnych startach! 🙂

      1. Pewnie jeszcze nie raz się spotkamy na trasach 🙂 Mimo tego, że zamknąłem KPP to wybieram się do Krakowa na połóweczkę 🙂 Czas po królewsku zamknąć ten rok. Tam będę walczył o złamanie 1:30:00. We Wrocławiu miało pęknąć w tym roku, ale kontuzja nie pozwoliła wycisnąć więcej. Nie mniej u mnie ten rok wygląda tak:
        1. 2 ONICO GDYNIA PÓŁMARATON 01:33:22
        2. 10. PKO Poznań Półmaraton 01:32:10
        3. 5. PKO Białystok Półmaraton 01:37:37
        4. 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton 01:32:55
        5. 18 Toyota Półmaraton Wałbrzych 01:35:04

        A 10 września udało się wycisnąć 🙂 35. PKO Wrocław Maraton 10 września 2017 czas 03:18:32.

        Niech marzenia się spełniają 🙂 Powodzenia w spełnianiu nowych planów i nowych PB. 🙂 Kuba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *