Korona najważniejsza – relacja z 18. Toyota Półmaraton Wałbrzych

Ostatni i zarazem najtrudniejszy bieg do Korony Półmaratonów Polskich zaliczony. Po startach w kolejno Gdyni, Poznaniu, Białymstoku i Wrocławiu, przyszedł czas na Wałbrzych. Zawody, przed którymi wiele osób mnie ostrzegało ze względu na liczne podbiegi. Na szczęście życiówkę w tym roku już na tyle wyśrubowałem, że mogłem sobie pozwolić na luźny start, bez presji na wynik. 

Nie ukrywam, że wybór na Wałbrzych padł ze względu na oszczędności (trochę już się w tym roku najeździłem) – mogłem sobie pojechać spokojnie trzy godziny przed startem, unikając przez to kosztów za nocleg. Nie sądzę natomiast, żebym kiedykolwiek tam wystartował, gdyby nie fakt, że impreza wchodzi w skład KPP. Na Dolnym Śląsku moim zdaniem jest wiele ciekawszych miejsc, gdzie można pobiec półmaraton. Wałbrzych niestety nie zachwyca. Nie bez powodu ktoś wymyślił złoty pociąg – jakoś tych turystów trzeba naściągać.

Do zawodów przystąpiłem w pełni wyluzowany. Przeraził mnie, co prawda, widok bardzo stromych podbiegów, ale stwierdziłem, że nie będę z nimi walczył i jak trzeba będzie to drastycznie zwolnię do nawet powyżej 6:00 min/km. Po raz pierwszy w tym roku zbagatelizowałem też rozgrzewkę. Zrobiłem kilka wymachów, parę skłonów i to w zasadzie tyle. Ustawiłem się w strefie biegnących na 1:40, choć wiedziałem, że jeżeli przybiegnę z gorszym czasem, świat się nie zawali. Nie wiedziałem za bardzo czego mogę się spodziewać po tej trasie, więc postanowiłem biec na samopoczucie.

Już po niecałych dwóch kilometrach przyszło nam się zmierzyć z pierwszym stromym i bardzo długim podbiegiem. Skróciłem nieco krok i mocno przebierałem ramionami. Zależało mi, żeby już na samym początku się nie zakwasić. Jako, że trasa liczyła dwie pętle, pierwszą potraktowałem jako rozeznanie – w drugiej będzie można przyspieszyć. Po dobiegnięciu na szczyt moje serce biło 164 razy na minutę, więc jak na mnie dość szybko. Kolejne kilkaset metrów poświęciłem więc na uspokojenie, a następnie zabrałem się za odrabianie strat. Na długim zbiegu puściłem luźno ciało i rozpędziłem się do nawet 3:30 min/km. Dzięki temu połknąłem około pięćdziesięciu biegaczy.

W ten sposób przebiegłem cały półmaraton. Wolno na podbiegu i bardzo szybko na zbiegu. Nogi świeże, tętno w normie – czułem się naprawdę dobrze. Zwłaszcza, że pobiegłem po raz pierwszy bez żeli. Wiedziałem, że mam duże rezerwy i gdybym bardzo chciał, mógłbym z końcowego rezultatu wycisnąć o wiele więcej. Tylko po co? Szansy na życiówkę nie było, a chęci na sprawdzenie się przed maratonem nie miałem. Głównie dlatego, że test byłby niemiarodajny. Nie miałem wręcz szans biec cały czas równym tempem – nie na tej trasie. Chciałem w tym ostatnim biegu w ramach Korony Półmaratonów Polskich nacieszyć się atmosferą, która towarzyszyła tego dnia w Wałbrzychu.

A była naprawdę niesamowita. Na trasie może nie było zbyt wielu kibiców, ale miasto tętniło życiem. Po drodze można było spotkać kilka zespołów muzycznych, w skład których wchodzili miejscowi seniorzy. Były pieśni ludowe, weselne, a nawet covery Zenka Martyniuka w oryginalnych aranżacjach. Zalatywało trochę wiejską potańcówką, ale na nudę nie można było narzekać. Po przekroczeniu linii mety na biegaczy czekało specjalne przygotowane miasteczko ze sceną w samym centrum oraz strefa gastronomiczna. Tam niesamowitym wzięciem cieszył się miejscowy specjał – drożdżówka z owocami.

Wracając do samego biegu – ukończyłem go z czasem 1:41:56. Biorąc poprawkę na to, że dałem z siebie może z 70%, a trasa była wyniszczająca, mogę być zadowolony. Ostatnie sto metrów pokonałem z koroną na głowie, fetując tym samym zdobycie Korony Półmaratonów Polskich. Dopiąłem swego, cel osiągnąłem. Wzruszenie na tyle ogromne, że z trudem powstrzymałem łzy. Za metą wiele osób poklepywało mnie po plecach w geście podziwu, parę razy usłyszałem „brawo królu” – niezapomniane uczucie.

Tak kończy się moja przygoda z Koroną Półmaratonów Polskich. Przejechałem 2,5 tys. kilometrów, przebiegłem pięć półmaratonów, czterokrotnie bijąc życiówki. Zaczynałem z pułapu 1:41:06, skończyłem na 1:29:10. I to wszystko dla kawałku metalu…? Absolutnie. Najcenniejsza z tego wszystkiego jest satysfakcja. Tego nikt mi nie zabierze. Bycie w gronie kilku tysięcy biegaczy w całej Polsce, którym udała się ta sztuka, to dla mnie wielki powód do dumy.

Tak przedstawia się moja droga do KPP:

2017-03-19 – 2. Onico Gdynia Półmaraton – 01:38:53
2017-03-26 – 10. PKO Poznań Półmaraton – 01:34:39
2017-05-14 – 5. PKO Białystok Półmaraton – 01:32:33
2017-06-17 – 5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton – 01:29:10
2017-08-20 – 18. Toyota Półmaraton Wałbrzych – 01:41:56

10 thoughts on “Korona najważniejsza – relacja z 18. Toyota Półmaraton Wałbrzych”

  1. Nie wiem czy to wina szalejacych hormonów czy też inne bliżej nieokreślone powody ale ten wpis mnie prawdziwie wzruszył! 🙂 ogromne gratulacje Filip!

  2. Gratuluję korony, ale bardzo żałuję, że Królewski Półmaraton Krakowski Ci nie po drodze. Powodzenia w dalszej części sezonu, przygotowaniach do maratonu i udanego samego startu! 🙂

      1. oooo, a w jakich obszarach oczekujesz poprawy? 🙂 Pytam, bo chyba ja jestem zbyt bezkrytyczna, ale na ostatnim Królewskim i potem na Marzannie zresztą też raczej nie znalazłam powodów do narzekań. Może też dlatego, że to były pierwsze połówki moje i nie zdawałam sobie sprawy, że może być lepiej. ^^

        Ja natomiast będę chciała za rok ruszyć na Wrocławską połówkę, a kto wie, może i nabiorę odwagi żeby ścigać koronę. 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *