Maraton w centrum miasta – komu to potrzebne?

Wraz z kolejną imprezą biegową w Polsce jak bumerang powraca temat przeniesienia ich poza ścisłe centrum miasta, najlepiej do parków lub na rekreacyjne ścieżki. Po tegorocznym maratonie we Wrocławiu Internet aż huczy od irytacji mieszkańców z paraliżu komunikacyjnego, na jaki zostali narażeni przez niecałe pięć tysięcy osób. Czy mają jednak rację?

W sieci przeważają na ten temat wpisy obraźliwe i niecenzuralne. Nie będę ich przytaczał, ani też się do nich odwoływał, bo zwyczajnie żal mi tych ludzi. Większego obciachu, niż oni sami wystawiając się na publiczne pośmiewisko, i tak nie jestem w stanie im zrobić.

Pokażę Wam jednak wybrane przeze mnie komentarze z większą zawartością merytoryczną. Zrzuty ekranu pochodzą z Facebooka i internetowego wydania Gazety Wrocławskiej.

Jak widać na załączonym obrazku, argumentacja jest przeróżna. Od tych bardziej praktycznych jak utrudniony dojazd do szpitala, po absurdalne „ja ze swoim hobby nikomu nie zawadzam”. Swoją drogą skąd ludziom przyszło do głowy, że maraton w jakikolwiek sposób może opóźnić przemieszczanie się karetki pogotowia? Jestem przekonany, że gdyby jej droga pokrywała się z trasą maratonu, ruch biegaczy zostałby wstrzymany, by umożliwić jej swobodny przejazd na miejsce wypadku. Mało tego, nawet nikomu nie trzeba by specjalnie tłumaczyć czemu taką decyzję podjęto.

Żeby zrozumieć istotę biegania w centrum miasta, trzeba po prostu samemu spróbować tego sportu. Z boku faktycznie wydawać by się mogło dziwne – bieganie po twardej nawierzchni i wdychając spaliny – to nienormalne. A jednak. Sam traktuję to jako święto. Nagrodę za wysiłek włożony przez wiele miesięcy w treningi (tak – w parkach, lasach i rekreacyjnych ścieżkach). Tego jednego dnia biegnąc przez centrum swojego miasta, wśród dużej rzeszy kibiców możemy poczuć się wyjątkowo. Do tego dochodzi oczywiście aspekt czysto funkcjonalny – tak duża grupa biegaczy nie zmieściłaby się nigdzie indziej, niż na głównych ulicach.

Biegacze często w odpowiedzi na nieprzychylne o maratonie komentarze powołują się na inne miasta. Jak wszyscy wiemy maraton nie jest wymysłem wrocławskich urzędników, ale wydarzeniem rozgrywanym na całym świecie od wielu lat. Przytaczane są przykłady Berlina, Paryża, Nowego Jorku… W tym wypadku muszę stanąć po stronie hejterów. Wrocław absolutnie nie jest gotowy na tego typu imprezę z jednego prostego powodu, które odróżnia go od wspomnianych miast – nie ma metra. Jedyną formą komunikacji miejskiej są u nas autobusy i tramwaje, a te podczas biegu stoją. Racja, jest jeszcze pociąg. Ale umówmy się, ile osób z niego korzysta w obrębie miasta?

Jest jedno „ale”. Maraton we Wrocławiu rozgrywany jest raz do roku. Od 35 lat w tym samym okresie. Informacje o planowanych utrudnieniach dla mieszkańców pojawiły się wszędzie, gdzie tylko było to możliwe z dużym wyprzedzeniem. Impreza odbywa się w niedzielny poranek, dzień wolny od pracy. Jakim trzeba być ignorantem, żeby mimo to właśnie tego dnia wypuszczać się autem do centrum? Jest tyle możliwości spędzenia go inaczej, niż za kółkiem samochodu. Ktoś powie „nie wszyscy mają wolne w niedzielę!”. Zgoda, ale czasu na rozwiązanie tego problemu było całkiem sporo – dokładnie 365 dni. Zresztą pracodawca też jest człowiekiem i wie jak tego dnia wygląda sytuacji w mieście. Trzeba być zaradnym i umieć wyjść z każdej sytuacji.

Mieszkamy w dużym mieście, gdzie liczba mieszkańców wynosi grubo ponad 600 tysięcy i czy się to komuś podoba, czy nie – musimy wzajemnie się szanować i akceptować. Zawsze znajdzie się ktoś, komu dana sytuacja nie przypadnie do gustu. Ale jeśli ma publicznie dawać temu wyraz, może warto się zastanowić nad przeprowadzką na wieś? Maratończycy są takimi samymi podatnikami, jak pozostali mieszkańcy. Zasługują na równe traktowanie, a nie spychanie ich do lasu. Mi też się nie podobają uliczne procesje Bożego Ciała (mimo, że jestem wierzący i praktykujący), wszelakie marsze (niepodległości, równości, czarny protest, KOD), czy cotygodniowe blokowanie przejazdu na Biskupin przez odwiedzających wrocławskie ZOO. Ale żyję z tym i akceptuję. Bo widzę więcej, niż tylko czubek własnego nosa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *