Moja droga przez City Trail

Od deszczu przez głębokie błoto i śnieg po siarczysty mróz – podczas zakończonego właśnie cyklu City Trail we Wrocławiu doświadczyć można było pełną gamę kaprysów pogodowych. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bowiem niezmiennie towarzyszyła temu świetna zabawa. Impreza bije kolejne rekordy ilości uczestników, a ja zaliczyłem właśnie swój debiutancki cykl biegów.

Pogoda podczas biegów City Trail nie oszczędzała zawodników.

Pomysł wystartowania w City Trail zrodził się w mojej głowie jakoś we wrześniu ubiegłego roku. Ponieważ w nowym sezonie planuję starty głównie na krótkich dystansach, chciałem potraktować to jako fajną bazę pod budowanie szybkości. W poprzednich latach słyszałem od znajomych same pochwały dla tej imprezy, dlatego postanowiłem sam spróbować. Smaczku dodawał fakt, że udało nam się zgłosić super drużynę, złożoną w większości z bardzo ambitnych biegaczek-amatorek.

Na trzech z czterech biegów City Trail musieliśmy zmagać się z głębokim błotem.
Fot. Maciej Pajęcki

Od początku plan był taki, żeby zaliczyć pierwsze trzy biegi. Następnie przerwa na okres przygotowawczy, w którym nie w głowie mi ściganie się po lesie, i czwarty do kompletu na koniec. Ten ostatni miał być sprawdzianem przed przyszłotygodniową Dziesiątką Wroactiv, ale kto śledzi mojego Instagrama, ten wie, że treningi poszły ostatnio niestety w odstawkę i atak na życiówkę na dychę przesuwam o co najmniej miesiąc.

Ostatnia prosta i meta kolejnego biegu City Trail.

Nie umiem biegać tych piątek po błocie. Zwyczajnie się boję. Być może brakuje mi odwagi do agresywniejszego biegu, być może mam nieprzystosowane buty. Na pewno w głowie gdzieś jeszcze siedzą dwie poważne kontuzje sprzed lat. Nie potrafię zaryzykować pobiec szybciej na zakręcie, tylko zwyczajnie zwalniam. To wybija z rytmu i tracę na tym wiele sekund. Dlatego nie przywiązuję do wyników z City Trail większej wagi. Dla mnie nie jest to wyznacznik mojej formy. Nawet trudno porównać kolejne biegi z cyklu do siebie, bo każdy jest inny, na każdym panują inne warunki.

Deszcz, śnieg, grad, mróz - takie rzeczy tylko na trasie City Trail.
fot. Wojciech Murmyło

Dla ciekawskich napiszę jednak, że najlepszy wynik z jakim udało mi się ukończyć City Trail to 20:35 w drugim biegu. Uczepiłem się wtedy koleżanki Sylwii z mojej drużyny i biegłem za nią niemal do samego końca. Najlepiej czułem się jednak w ostatnim starcie wczoraj. Było bardzo mroźno i sucho, a trasa sprzyjała szybkiemu bieganiu. Pomimo totalnego braku formy, udało się przekroczyć metę z całkiem przyzwoitym czasem 20:59.

Najlepszy wynik jaki udało mi się nabiegać w tegorocznej edycji City Trail to 20:35.

Najbardziej z tego cyklu cenię jednak atmosferę i ludzi. Mimo, że dla niektórych gra idzie o nagrody, to wszyscy są dla siebie bardzo życzliwi. Nie czuć znanej z większych biegów atmosfery rywalizacji, ale bardziej biegowego pikniku. To sprawia, że chce się do tego miejsca wracać. Ponadto poznałem kilku fantastycznych ludzi, z którymi już teraz nie mogę się doczekać kolejnego spotkania. A wszystko dzięki wspaniałej pasji, która nas połączyła.

Debeściaki - 11. drużyna wrocławskiego cyklu City Trail. Dla mnie i tak byliśmy najlepsi!

Moje wyniki:

Bieg 1 (07.10.2017): 21:18
Bieg 2 (05.11.2017): 20:35
Bieg 3 (02.12.2017): 21:28
Bieg 4: —
Bieg 5: —
Bieg 6 (03.03.2018): 20:59

Miejsce w klasyfikacji generalnej: 81

2 thoughts on “Moja droga przez City Trail”

  1. Witam,

    Nazywam się Stanisław Seniuk, jestem osobą niewidomą. Pomimo to biorę udział w maratonach i innych bigach długodystansowych. Obecnie chciałbym przez start w maratonie w Waszyngtonie zgromadzić środki finansowe potrzebne do zakupu nowego wózka inwalidzkiego dla jednego z pracowników prowadzonej przez mnie firmy Mastvita.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *