Nareszcie 200! – podsumowanie miesiąca – maj 2017

Nareszcie pękło 200 km! Dokładnie przebiegłem 207 i jest to mój absolutny rekord jeśli chodzi o miesięczny kilometraż. W maju poza ciężkimi treningami do Wrocław Półmaratonu zaliczyłem zawody w Białymstoku i bieg po schodach na szczyt najwyższego budynku w stolicy Dolnego Śląska, Sky Tower. 

W kwietniowym podsumowaniu wprowadziłem Was w błąd, pisząc, że nigdy więcej niż 138 kilometrów w miesiącu nie przebiegłem. Otóż nie. Okazuje się, że był taki miesiąc, kiedy licznik wskazał aż 188 km. Było to w styczniu 2016 roku. Prawdopodobnie podjąłem wtedy decyzję, że to czas na debiut w półmaratonie i maratonie, więc z miejsca chciałem stać się mistrzem. Potem w lutym już było tylko 111, a w marcu 64. Komentarz zbędny…

W maju daliśmy radę! Kawał solidnej roboty wykonany!

Początek maja to fajne trzy treningi, które bez wątpienia zaprocentują na przyszłość. W poniedziałek popracowałem trochę nad szybkością na stadionie, gdzie po 45-minutowym luźnym biegu zrobiłem dziesięć rytmów po 30 sekund z przerwami w truchcie po minucie. Dwa dni później tłukłem siłę biegową na 100-metrowych podbiegach. Również odbyło się to po dość długiej rozgrzewce, co jest wydaje mi się kluczowe w przygotowaniach do półmaratonu. Wszystkie treningi robię bowiem już na lekko podmęczonych nogach i podkręconym tętnie. Na dokładkę dzień później weszło 40 minut w drugim zakresie, czyli coś czego nie lubię najbardziej. Strasznie mi trudno zmusić głowę do długotrwałego wysiłku na tak wysokim tętnie. Dlatego niezwykle podziwiam biegaczy amatorów, którzy potrafią bić swoje życiówki na dychę na treningach. W moim przypadku to nierealne.

W Białymstoku pogoda idealna do zwiedzania, trochę gorsza do biegania.

W kolejnym tygodniu przyszło delikatne rozluźnienie. Zależało mi na tym, żeby w półmaratonie w Białymstoku polecieć na świeżości i urwać jeszcze trochę z życiówki. Jako, że bieg odbywał się w niedzielę, ostatni i zarazem bardzo luźny trening zrobiłem w czwartek. Jak mi poszły same zawody możecie przeczytać w mojej relacji TUTAJ. Długo nie mogłem po nich dojść do siebie, co niestety wpłynęło na moje plany treningowe. Dwa dni po półmaratonie zrobiłem 45-minutowe wybieganie na betonowych nogach. Potem dopadł mnie kryzys i na zaplanowane na czwartek rytmy nie wyszedłem. Nie chciało mi się, nie miałem siły. Uznałem, że tak będzie lepiej.

Na szczęście w sobotę 20 maja przyszedł czas debiutu w bieganiu po schodach. W nieco ponad 8,5 minuty wbiegłem na najwyższy budynek we Wrocławiu, Sky Tower. Więcej o tym pod TYM linkiem. Odżyłem, potrzebowałem takiej zabawy, trochę odcięcia od tej pogoni za życiówkami. Jeszcze tego samego dnia zrobiłem bieg z narastającą prędkością, który dodał mi bardzo dużo pewności siebie. Nie wiem od czego to zależy, ale czasem są takie dni, gdy człowiek czuje, że może wszystko. To był właśnie ten dzień.

Trening na bieżni niezmiennie dają mocno w kość.

Później wszystko szło już zgodnie z planem. Mimo tego, że często bolało i musiałem się mocno zmuszać, starałem się trzymać początkowych ustaleń. Tak, żebym 17 czerwca nie mógł sobie nic zarzucić. Najtrudniej było wyjść na BNP w czwartek 25 maja. Dzień wcześniej miałem podbiegi, które moje nogi mocno odczuły i teraz każdy krok sprawiał mi trudność. Trening jednak zrobiłem. I choć, urwałem z niego ostatnie 8 minut biegu w tempie 4:10, to i tak jestem z niego bardzo zadowolony.

Do półmaratonu we Wrocławiu pozostało już naprawdę niewiele czasu. W czerwcu będę miał jeszcze 1,5 tygodnia ciężkiej pracy, a potem już luzowanie. Prawdopodobnie tydzień po połówce zaatakuję 40 minut w Smolcu pod Wrocławiem. Swój start uzależniam głównie od pogody. Niby organizatorzy przesunęli start na godzinę 16:00, ale przy upale niewiele to zmieni. Szukam jeszcze szybkiej trasy na 5km, bo ta życiówka powyżej 20 minut też nie daje mi spać. Może znacie jakieś fajne imprezy i możecie polecić? Piszcie śmiało w komentarzach!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *