Nie taki diabeł straszny – relacja z Sky Tower Run

Gdy zapisywałem się na ten bieg, wiele osób pukało się w czoło. Po co Ci to? Rozwalisz sobie tylko kolana – słyszałem z każdej strony. Ja jednak nie odpuściłem i postanowiłem w końcu pobiec coś dla zabawy, bez presji na wynik. I nie żałuje. Wbiegnięcie na szczyt najwyższego budynku we Wrocławiu w ramach Sky Tower Run dało mi olbrzymią satysfakcję.

Wpis nie będzie długi, bo i bieg bardzo krótki. Zacznę od tego co mnie skłoniło do wzięcia udziału w biegu po schodach. Na pewno chęć zrobienia czegoś nowego. Lubię podejmować wyzwania, a za takie uważam wbiegnięcie na 49. piętro. Inną kwestią była potrzeba odpoczynku od ciągłego biegania na wynik, z zegarkiem w ręku. Jestem w bardzo wyczerpującym planie treningowym, gdzie skrzętnie pilnuję każdej sekundy. Mam za sobą trzy półmaratony w tym roku, gdzie za każdym razem biłem rekord życiowy. Potrzebowałem wreszcie imprezy, w której motywem przewodnim będzie zabawa. I taką dla mnie był Sky Tower Run.

Wiele osób odradzało mi start w tym biegu, argumentując to wysokim ryzykiem uszkodzenia kolan. Ich obawy o moje zdrowie potęgował fakt, iż kilka lat temu doznałem poważnej kontuzji kolana. Znamienne, że były to osoby nie uprawiające czynnie sportu. Nie wierzcie w te bujdy. Naprawdę nie wiem kto je wymyślił. O wiele bardziej obciążające nasze stawy jest bieganie na długich dystansach po asfalcie. Zbieganie, owszem, może prowadzić do kontuzji. Ale wbieganie po schodach jest wręcz polecane przez trenerów jako trening uzupełniający dla biegaczy. Niezwykle angażuje do pracy nasze uda, zwiększając siłę biegową. Tego nie zastąpią nam nawet wypady, czy przysiady ze sztangą. Przewaga biegania po schodach polega na tym, że mięśnie w chwili największego napięcia są w ruchu dynamicznym, przypominającym nasz bieg po płaskim terenie.

Ostatnie chwile przed startem Sky Tower Run 2017.

Czy się bałem? No pewnie! Przerażały mnie te liczby – 212 metrów, 49 pięter, 1142 schody. W dodatku był to dla mnie debiut. Zdarzyło mi się kilka razy wbiec na 10. piętro po treningu, ale tu do zrobienia było pięć razy tyle! Bardzo zależało mi, żeby pobiec w pierwszej grupie. Wiedziałem, że kluczowy w tym biegu jest swobodny oddech. Oczami wyobraźni widziałem klatkę schodową pełną duchoty i smrodu potu po przebiegnięciu kilkuset zawodników. Udało się – na trasę wyruszyłem około dwudziesty w kolejce. Początkowo planowałem biec po jednym stopniu. Tak jednak poruszałem się zaledwie pół piętra. Odnoszę wrażenie, że mam za długie nogi na tę technikę i chyba bym się zajechał już w połowie.

Ostatnie metry biegu po schodach w ramach Sky Tower Run 2017.

Zacząłem bardzo spokojnie, wręcz jak gdyby nigdy nic chciał się dostać po pracy do swojego mieszkania. Trochę kombinowałem jak mi będzie najwygodniej. Chwilę pobiegłem środkiem mocno wymachując rękami. Potem próbowałem chwytać się lewej poręczy, zaraz lewej. I tak zanim dograłem swoją technikę, byłem już na 10. piętrze. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że najlepiej mi będzie podciągać się dwoma rękoma na obu barierkach. Na zegarek spojrzałem tylko raz, z ciekawości jakie mam tętno. Z tego co widziałem to w najgorszym momencie wynosiło 169 uderzeń na minutę, więc bez szału. Czas nie miał dla mnie znaczenia. Zależało mi tylko, żeby zawodnik, który wystartował 20 sekund po mnie, mnie nie dogonił.

Meta mnie zaskoczyła. Bieg zleciał mi szybciej, niż przypuszczałem.

Pomimo, że widok ciągnących się schodów potrafił zahipnotyzować, wcale mi się nie dłużyło. Czerpałem przyjemność z każdego pokonanego piętra, biegłem z uśmiechem na twarzy i cierpliwie oczekiwałem mety. Mniej więcej w połowie sięgnąłem po łyczek wody i ruszyłem dalej. Nie miałem żadnych problemów mięśniowych. Nie łapały mnie skurcze, nie czułem, że uda mnie palą. Jedynym problemem było złapanie tlenu na klatce schodowej bez okien. Jakoś na 35. piętrze założyłem sobie, że jeszcze chwilę pobiegnę tym tempem, a w końcówce przyspieszę. No i trochę się zagapiłem. Nie wiem kiedy mi to zleciało, ale w momencie kiedy szarpnąłem właśnie dobiegał koniec trasy. Czterdzieste ósme piętro, ostatnie kilka schodów, zbieg na punkt widokowy i koniec. Czas na mecie 8:36.

Wbiegnięcie na szczyt najwyższego budynku we Wrocławiu dało mi olbrzymią satysfakcję.

Warto było wbiec na górę choćby dla tego medalu, czy zapierającego dech w piersiach widoku na Wrocław. Byłem tu już kiedyś, ale za każdym razem robi to niesamowite wrażenie. Chwilę odsapnąłem, uzupełniłem płyny, porobiłem kilka zdjęć i można było zjeżdżać na dół. Szczęśliwy, wypoczęty i zrelaksowany udałem się do domu. Ta chwila szaleństwa nie przeszkodziła mi nawet w wykonaniu planu treningowego na sobotę – biegu z narastającą prędkością. Pod wieczór weszło bardzo solidne 18 kilometrów w przedziale 4:30 – 4:15 min/km.

Dla uczestników biegu organizatorzy przygotowali przepiękne medale.

Wyniki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *