Żyję i mam się dobrze

Trochę mnie tu nie było. Od ostatniego wpisu minął ponad rok, więc jestem Wam winien wyjaśnień. Skąd taka przerwa? Co się ze mną działo przez ten czas? Co u mnie aktualnie słychać? Wszystkiego dowiecie się poniżej.

Rok 2018 nie był dla mnie zbyt udany. Nabiegałem zaledwie 1270 km, wystartowałem (poza City Trail) w czterech zawodach, a moje wyniki dalekie były od życiówek. Idealnym podsumowaniem mojej formy był fatalny występ we wrocławskim nocnym półmaratonie. Wstydliwy dla mnie czas 1:44:09 nie był dziełem przypadku – zapuściłem się niesamowicie.

Podczas tego biegu wydarzyła się jeszcze jedna nieprzyjemna rzecz. W okolicach 10 kilometra złapał mnie potwornie bolesny ból w okolicach serca. I choć zdaję sobie sprawę, że wyleje się za to na mnie fala hejtu, to bieg postanowiłem kontynuować. Ukończyłem go nie tylko z grymasem na twarzy, ale też potężnym strachem, że coś się ze mną dzieje niedobrego. Naturalnie moi najbliżsi dopilnowali bym niezwłocznie się przebadał. Wyniki nie wykazały nic specjalnego. Serce pracuje prawidłowo, a ból mógł być wywołany nadmiernym stresem – stara śpiewka kardiologów.

Po tym zdarzeniu postanowiłem nieco zluzować. Zadbać o lepszy sen, unikać stresu i wreszcie ograniczyć aktywność fizyczną. Zwyczajnie się bałem. Kto biega regularnie, ten wie jak wpływa to pozytywnie na nasz nastrój i kondycję psychiczną. Ja wtedy miałem odwrotnie – zacząłem gasnąć, chciałem się usunąć w cień. Nie udzielałem się na blogu, na Facebooku, odinstalowałem z telefonu nawet Instagrama. I choć moje konto wciąż tam widnieje, to nie znajdziecie tam żadnych moich nowych zdjęć. Nie tylko ze wstydu, że nie idzie mi tak jak bym sobie tego życzył, ale też ze względu na to co się tam wyprawia i w jakim kierunku się rozwija („i Ty zostań influencerem!”). Szkoda było mi też czasu na bezmyślne skrolowanie i lajkowanie tak samo wyglądających zdjęć. Wolałem się wylogować ze świata wirtualnego i nacieszyć się nieco realnym, choćby pięknym okresem narzeczeństwa.

Ten stan trwał mniej więcej do października. Wtedy też zacząłem regularnie biegać co drugi dzień. Chciałem wrócić, ale bez pośpiechu. Początkowo robiłem po 6 kilometrów bardzo spokojnym tempem. Po miesiącu zwiększyłem dystans do 8 kilometrów. Nie goniłem za niczym i też zbytnio się nie męczyłem. Miałem po prostu z tego wielką przyjemność. Wiedziałem jednak, że prędzej czy później stęsknię się za zróżnicowanym treningiem pod wyniki.

Na nowy sezon wprowadziłem dla siebie nowy bodziec. Postanowiłem schować dumę do kieszeni i skorzystać z porady trenera, który ustali mi treningi dostosowane do moich warunków, formy i potrzeb. Nikt nie jest nieomylny i być może to co samodzielnie proponowałem swojemu organizmowi, było nieodpowiednie. Do pewnego momentu się sprawdzało, ale od co najmniej roku nie widać postępu. Ktoś powie „nie biegasz, to nie ma wyników”. Święta racja. Dlatego głównym powodem dla którego zdecydowałem się na opiekę trenera jest silna motywacja i świadomość posiadania na sobą bata. Teraz nie ma odpuszczania.

Osobą, której powierzyłem swój biegowy kalendarz jest trener Piotr Ślęzak – fizjoterapeuta, autor bloga stestuje,pl i biegacz-amator z wynikiem 2:34 w maratonie. Pracujemy razem od grudnia i jestem zadowolony. Moja forma wciąż zwyżkuje, a co ważniejsze jestem bardziej świadomy po co i dlaczego akurat teraz wykonuję dany trening. Piotrek świetnie żongluje jednostkami treningowymi, pilnując przy tym bym w szybkim czasie regenerował swój organizm i był gotowy do dalszej pracy.

Przyjęliśmy, że rok 2019 będzie rokiem 5 i 10 kilometrów. Czyli robota nad szybkością oraz wytrzymałością tempową, która ma przynieść długo oczekiwane rekordy życiowe. Póki co nie chcę brać się za półmaraton i maraton, bo brakuje mi solidnej bazy pod takie dystanse. Poza tym oznaczałoby to zwiększenie kilometrażu, a co za tym idzie utrata kilogramów. A ponieważ za kilka miesięcy czekają mnie własne zaślubiny, chciałbym na nich jakoś wyglądać – sami rozumiecie 😉

W tym roku wystartowałem do tej pory w trzech biegach. W połowie marca na dobrze wszystkim znanej Dziesiątce Wroactiv osiągnąłem czas 40:39. Miesiąc później w oddalonym o 100 km od domu Wleniu sprawdziłem formę w dość specyficznych zawodach. Pięć pętli po 2 km z groszami, na nieatestowanej trasie i z silnym wiatrem dało wynik 41:13. Ostatni bieg był już szczęśliwszy. W Kobierzyckim Biegu z Konstytucją wynikiem 19:48 pobiłem swój dotychczasowy rekord życiowy i nieoczekiwanie stanąłem na najniższym stopniu podium w swojej kategorii wiekowej (M20).

W najbliższych tygodniach planuję tylko dwa starty. Mniej poważny już za tydzień w Biegu Firmowym, gdzie na dystansie niecałych 5 kilometrów będę chciał przede wszystkim dobrze się bawić. I docelowy, czyli 1 czerwca w Siechnicach pod Wrocławiem kolejna próba (oby tym razem udana) ataku na 40 minut w biegu na dychę. Potem całe lato skupiamy się na treningach, by na jesień odpalić jakąś petardę. O tym, gdzie mnie wywieje, będę informował na bieżąco.

Na koniec bardzo dziękuję wszystkim za słowa otuchy i wsparcia, które otrzymałem przez ostatni rok. Jest mi niezwykle miło, że pomimo tej ciszy o mnie pamiętacie i wykazujecie się zainteresowaniem. Wracam silniejszy i mam nadzieję, że od teraz będę miał dla Was same pozytywne wieści.

Tymczasem uciekam na trening, póki nie rozpadało się na dobre 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *